Przenikanie góry - portrety emocji
Najnowsza wystawa krakowskiej artystki Beaty Zuby "...Przenikanie Góry 330..." po raz kolejny podejmuje temat góry. Nie jest to jednak ekspozycja poświęcona pejzażom. Właściwie patrząc na te, w znakomitej większości wielkoformatowe, obrazy można odczuć, że są to portrety, portrety emocji. Nie tylko w górach. Góra to mityczna ikona wszystkich narciarzy - a Beata Zuba oprócz malarstwa, grafiki, fotografii i działalności edukacyjnej uprawia też narciarstwo - i wszystkie te sportowe emocje, wysiłek, zmaganie się z własnymi słabościami, z chwilami załamań i poczucia małości człowieka wobec potęgi żywiołu, mają w twórczości krakowskiej malarki wydźwięk szczególny. Artystka tworzy bowiem portrety emocji, nasycając nimi swoją analizowaną malarsko Górę. Nic dziwnego, że te prace prezentowane były z sukcesem w Japonii, gdzie Święta Góra Fuji wielokrotnie uwieczniana przez japońskich grafików (np. w serii drzeworytów przez Katsushicę Hokusaia). Co ciekawe prezentacja najnowszych prac Beaty Zuby w Muzeum Kościuszkowskim na Kopcu Kościuszki, gdzie jeszcze niedawno, w sierpniu, z okazji japońskiego Święta Góry, na zboczach kultowego miejsca w Krakowie, zawisła oprócz polskiej flagi także gigantyczna flaga z przedstawieniem obrazu "Czerwona góra", już po raz drugi zaznaczając obecność artystki pasjonującej się górami, w tym niezwykłym miejscu.
Wystawa w Muzeum Kościuszkowskim ma też osobny wydźwięk - z okazji przygotowania tej ekspozycji, pod honorowym patronatem Ambasady Japonii, sala została na nowo zaaranżowana, przemalowana na kolor grafitowy, na którym wielkie, górskie - że ośmielę się je tak nazwać - PORTRETY GÓRY, prezentują się niesamowicie ekspresyjnie. Czujemy siłę płynącą z górskich szczytów, którym artystka nadała dynamiczną, mocną formę, malując grubo, fakturalnie, wprowadzając też elementy metalowej materii, ożywiające oddziaływania górskich przestrzeni, widzianych w mocnych czerwonych zachodach słońca, lodowato zimnych śnieżnych powierzchniach, mrocznych i posępnych, zdawałoby się niemożliwych do zdobycia i pokonania. Wydaje mi się, że krakowska artystka niczym Gustave Flaubert stara się powiedzieć: "Góra to ja". To życie i śmierć, mozolne przedzieranie się przez zwały śniegu, depresyjne szarości monotonnych treningów i przygotowań do górskich wypraw, a także pozbawione choćby odrobiny światła i nadziei, ale zarazem olśniewające doznania, gdy człowiek staje na szczycie i patrzy w przestrzeń z poczuciem mocy i radości.
Gdy wraz z artystką wspinałyśmy się na Kopiec Kościuszki po indywidualnym oprowadzaniu, jakiego miałam przyjemność doświadczyć w salach Muzeum Kościuszkowskiego, ja w pewnym momencie, niedaleko szczytu, rozejrzałam się po tych straszliwych przepaściach i odmówiłam dalszego wejścia na górę Kopca przerażona możliwością spadnięcia, i ogarnięta nagłym lękiem przestrzeni, przerażona bliskością krawędzi poza którą rozpościerał się co prawda wspaniały widok na cały Kraków, ale i pustka niemal kosmiczna, natomiast krakowska malarka ruszyła dalej. Zostałam przytłoczona wielkością świata, w który mogłam runąć i wobec którego byłabym bezradna niczym kamyczek toczący się po zboczu, by opaść na dół. W tych chwilach przywołałam widziane przed kwadransem obrazy z wystawy Beaty Zuby. To samo odczucie przenikania góry i ludzkich emocji - wspinając się na Kopiec ja czułam lęk, a artystka radość, zachwyt i fascynację - to co na obrazach zawieszonych w sali muzeum, w której ściany chyba po raz pierwszy widziały takie monumentalne, pełne wspaniałości i potęgi natury malarstwo, oddziałujące na widza zmienną różnorodną fakturą, kolorem, kształtem, dostojeństwem, nieskończonością... Wobec tych obrazów człowiek czuje się ambiwalentnie - z jednej strony chciałby podążyć ku szczytom i doświadczyć tych emocji, widoków zapierających dech w piersiach, z drugiej zaś pokorę, poczucie, że jest jedynie cząstką świata, słabą i śmiertelną, podczas gdy góry są wieczne - i pozostaną takie na zawsze: nieporuszone, obojętne, a nawet groźne czy pogardliwe. Ta moc góry jako szczególnego stanu, jaki można odczuć na ekspozycji jest i godna podziwu, ale i niepokojąca. Niektóre z prac są mroczne, niemal abstrakcyjne; pokazują, że piękno może być niebezpieczne. Zachodzące słońce zabarwia wizerunki góry, która pyszni się oblana czerwonym światłem otaczającym jej kontury wyraziście.
Patrząc na te prace miałam wrażenie, że oglądam portrety - każdy z obrazów góry był inny i inne emocje wywoływał. Warto zwrócić też uwagę na marmurową podłogę, w której niczym w górskim jeziorze odbijają się namalowane góry. To inny świat, w którym przyroda jest bytem samoistnym. Na wystawie wisi też obraz, który jest portretem samej artystki, wystylizowanej i upozowanej na meksykańską malarkę Fridę Kahlo. Ten obraz pojawił się już wcześniej na wystawie zbiorowej w Pałacu Sztuki w Krakowie. To jedyny prawdziwy "ludzki" portret, który jakby pilnował wszystkich tych gór na obrazach. Moim zdaniem to właśnie jest bardzo autobiograficzny, bardzo szczery i bardzo wnikliwy wizerunek Beaty Zuby. Jest w nim wszystko to czego doświadczyła, co przeżyła, z czym się zmagała, co kocha i czym się pasjonuje. Warto przyjrzeć temu się dokładnie.
Artystyczne spojrzenie jest jednym z patronów medialnych wystawy i zarazem projektu "...Przenikanie Góry 330...", który w Muzeum Kościuszkowskim na Kopcu Kościuszki w Krakowie czynny będzie do 30 listopada.
Foto: Beata Zuba

Komentarze
Prześlij komentarz