Ascetyczny, purytański, pełen intryg i zazdrości świat duńskiego baletu epoki romantyzmu prezentowany w pierwszych scenach, rozpoczyna premierowy spektakl NAPOLI 1841, po raz pierwszy wykonywany w Polsce, w oparciu o niezwykle popularne w Danii przedstawienie baletowe na podstawie dzieła tancerza i choreografa Augusta Bournonville'a, który we wrocławskiej Operze staje się głównym bohaterem opowieści szalenie nowoczesnej i odmiennej od oryginału wielokrotnie wystawianego w Teatrze Królewskim w Kopenhadze, gdzie obecnie solistą jest znakomity polski tancerz Marcin Kupiński, urodzony w Gdyni, wykształcony w Gdańsku i od lat tańczący w stolicy Danii. Niewiele miał czasu na przygotowania, gdy okazało się, że planowana obsadowa gwiazda wrocławskiej Opery, czyli Łukasz Ożga, miała kontuzję uniemożliwiającą występ. Z kopenhaskim mistrzem zatańczyła na premierze rewelacyjna drobniutka Japonka Mizuno Toma z zespołu baletowego wrocławskiej Opery, i zrobiła to znakomicie. Jej Caroline Kellerman, primadonna, która już w pierwszej scenie pojawia się obok Bournonville'a, który wściekły na dwór duński, pełen intryg i zawiści, wypędzony z Kopenhagi, postanawia zmienić klimat i wyjechać do barwnego Neapolu.
Pierwsza część spektaklu jest bardziej teatrem pantomimy niż baletem (taki był ponoć oryginalny zamysł Bournonville'a) pełnym sugestywnego ruchu i koloru. Widowisko porywa baletnice, córki targowych sprzedawców, do radosnego tańca. Na targu toczy się zwyczajne życie codzienne - kłótnie o ryby, flirty, spacery, picie wina w tawernie pod gołym niebem, wszystko to oczarowuje Duńczyka. Scena wygląda jak obrazy Eduarda Maneta. W tej części pojawia się Śpiewak w stroju muszkietera, bawidamek, zawadiaka, pełen żartów i namiętnych prowokacji; otoczony miejscowymi pięknościami, daje popis nie tylko umiejętności baletowych ale i aktorskich. Ta przerysowana niewątpliwie, nieco szalona postać pokazana została z przymrużeniem oka, ale w spektaklu wyróżnia się nie tylko strojem i butami (czarne muszkieterki, w których popisuje się przed Neapolitankami), lecz i biżuterią (perła w długim kolczyki daje mu jakiś piracki czar).
W spektaklu, do którego pierwotnie muzykę stworzyło czterech kompozytorów (Holger Paulli, Eduard Helsted, Niels Wilhelm Gade i Hans Christian Lumbye) to właśnie muzyka wybija się na plan pierwszy, co wraz z przepięknymi kostiumami nadaje całości powabu jakiejś rokokowej inscenizacji typu fetes galantes (wszak Bournonville był pół Francuzem i stąd być może to wyrafinowanie w przedstawieniu szczegółów i nasycenie sztuki różnymi odcieniami miłości i zmysłowości, wspaniale wyrażonymi w baletowych popisach - jest w tym portrecie neapolitańskiego światka wiele cennych obserwacji, które Bournonville widział na południu Italii, podczas swojego tam pobytu w 1842.
NAPOLI 1841 nie jest dziełem jednolitym - Johann Kobborg stworzył autorską wersję spektaklu, wplatając fragmenty z innych dzieł baletowych Bournonville'a. Pod batutą młodego dyrygenta Rafała Karczmarczyka całość składająca się z 2 aktów (rzadkość, zwykle są trzy) swobodnie przeszła z muzycznie teatralnego widowiska w mocno baletowe i taneczne popisy, których inspiracje ludowymi tańcami z południa Włoch (były tu korowody z tamburynami zdobionymi barwnymi wstążkami i słynna tarantela sycylijska, którą wykorzystał m. in Francis Ford Coppola w "Ojcu chrzestnym").
Ten drugi akt, gdzie bohater wchodzi w świat marzeń i fantazji, o wodnym świecie i rozgrywa się tuż przy scenie przygotowanej do inscenizacji nowej opery "La grotta lazurra", rozgrywającej się w głębinach, gdzie króluje Neptun, trytony i najady, kończą ogniste korowody, ekspresyjne tańce, przez co widz odnosi wrażenie jakby choreograf specjalnie dał szansę wszystkim tancerzom, aby w czteroosobowych zespołach, i męskich i żeńskich, mogli pokazać swoje indywidualności. Jak się wydaje na scenie Opery Wrocławskiej znakomita większość baletnic i baletmistrzów została wybrana do pokazania bardzo skomplikowanych układów i zrobiła to z wyjątkową gracją i lekkością, choć z pewnością nie było to łatwe. Ciekawostką było wprowadzenie w akcję tej duńsko - włoskiej historii, postaci dziecięcych w strojach stylizowanych na XIX - wieczne. Jako mali kwiaciarze i kwiaciarki z Neapolu postacie te ubarwiały i tak różnorodne neapolitańskie otoczenie pełne sprzedawców w kolorowych strojach i straganów z owocami, butelkami z napojami i rozbudowanego tylnego planu (morze, w którym omal nie utonęła Caroline, potem zaś morskie odmęty, gdzie postacie najad i trytonów wraz z władcą mórz próbowały ją u siebie zatrzymać).
Ta premiera należy do niezwykle interesujących nie tylko dzięki ciekawym zabiegom choreograficznym splatającym nowoczesne, powiedziałabym nawet, że awangardowe spojrzenie na pierwotną wersję NAPOLI, ale i na przesłanie całości akcji, w której choreograf dzięki znalezieniu nowej inspiracji w nowym miejscu, może powołać do życia nową fascynującą opowieść. Premiera tego baletu powstałego przed ponad 180 laty, nabrała dzięki temu nowego kształtu ożywionego przez wybitnego duńskiego choreografa Johanna Kobborga, który uatrakcyjnił tradycyjną treść i dzięki mocnej dawce muzyki i ludowym włoskim dawnym tańcom oczarował publiczność, która nagrodziła wszystkich owacjami. I przyznać muszę, że nie tylko ja, po tych niemilknących oklaskach, miałam ogromną ochotę jeszcze raz obejrzeć "taniec z tamburynami". Na bis.
PRAPREMIERA 8 CZERWCA
Komentarze
Prześlij komentarz