Foto: Filip Wierzbicki
"Genialna przyjaciółka" według tetralogii neapolitańskiej Eleny Ferrante, tajemniczej postaci, nie wiadomo czy pisarki, czy pisarza, który/która najprawdopodobniej wychował/wychowała się na południu Włoch, to materiał bardzo trudny do przeniesienia na scenę. Wrocławski Teatr Współczesny znakomicie jednak poradził sobie z tym materiałem i wystawił tę frenetyczną, feministyczną sztukę należącą do tzw. literatury inicjacyjnej, mocno zautobiografizowanej, na Scenie na Strychu. Po wdrapaniu się na teatralne poddasze, drzwi przed publicznością otwiera wytworna włoska dama w srebrzystej sukni i w pantoflach na obcasach (Ewelina Paszke-Loewitzsch). "Prego", mówi i otwiera drzwi szerzej, a zszokowani lekko i rozbawieni (pozornie) widzowie siadają, gdzie się da - na podłodze, na fotelach, na krzesłach przy stole, między aktorami, wśród których dominujących trendem jest kiczowate ubraniowe i bieliźniane Versace. Mariusz Bąkowski paraduje w samych bokserkach z logo słynnego domu mody, symbolu kiczu i tandety ("Czy to aby nie podróba?" zastanawia się jedna ze starszych pań na widowni). Aktor ma jeszcze półbuty na bosych stopach. Gdzieś tam majaczy wściekle pomarańczowy fotel, na którym rozsiada się Rafał Cieluch.
Większość występujących to aktorki. Odbywa się tu jakiś sąd nad literaturą - na spotkaniu autorskim Elena Greco (alter go Eleny Ferrante?) zostaje zasypana pogardliwymi pytaniami. Na przykład dlaczego umieszcza w książce takie osobiste seksualne wyznania. Anna Kieca jako Elena wspomina inicjację seksualną, perwersyjne związki, nieudane małżeństwo, wydanie pierwszej książki, reakcje krytyków (Rafał Cieluch jako lubieżny profesor jest tu wisienką na torcie śmieszności). Pojawiają się retrospekcje. Elena pochodzi z tzw. plebsu, nie ma bogatych rodziców, co tu dużo mówić - jest biedna, niedouczona, nie ma przyjaciół (poza tytułową przyjaciółką, z którą jej drogi rozchodzą się, gdy Elena kontynuuje edukację, a Lilou nie chce się kształcić i nie ma zamiaru wyściubiać nosa spoza swojego środowiska). Elenę ciągnie do bogatych, zadzierających nosa studentów, i aby im się przypodobać zostaje nawet komunistką i zaczyna chodzić na demonstracje. Jednak w gruncie rzeczy nie należy ani do swojej sfery ani do wyższej klasy średniej. Jest POMIĘDZY i czuje się z tym źle. Nie pasuje nigdzie i nie umie się określić. Po prostu chce gdzieś należeć. Jest utalentowana i prze do przodu jak taran. Wdaje się w romanse, zostaje uznana za dziwkę, bo lubi seks. Wszystko to opisuje w swojej książce. Bezwstydnie się obnaża i obnaża swoje uczucia, pragnienia i żądze. Jest jej niewygodnie. Anna Kieca jako Elena pokazuje, że Elena nawet seksownej sukienki nie umie nosić, bo bez przerwy zjeżdża jej z biustu obnażając chwilami jej piersi. Kiedy profesor z Uniwersytetu, chce się z nią ożenić, matka Eleny prawie dostaje orgazmu z radości.
Matkę Eleny gra Anna Błaut i to jest wulkan nie rola. Jest przerysowaną, roszczeniową, wulgarną kobietą wrzeszcząca, szaloną, przynoszącą wstyd córce. To postać przesadzona, ale może dlatego tak prawdziwa i przerażająca. Elena podświadomie jakby się bała, że też się taka stanie, że zamieni się w matkę i stanie się potworem.Ten wątek przypomina twórczość Annie Ernaux, podobnie jak w książkach francuskiej pisarki, wrocławski spektakl teatralny karmi się feministyczną, bezwstydną, bezpruderyjnie opowiadającą o bólu historią dorastania. Spektakl we WTW jest opowieścią inicjacyjną - pokazującą dojrzewanie Eleny jako kobiety i jako pisarki. Powieść "Genialna przyjaciółka" Eleny Ferrante to książka bolesna, wnikająca w głąb trudnych spraw, wewnętrznych rodzinnych tarć. Jest lustrem, w którym przeglądają się członkowie włoskiego społeczeństwa mocno podzielonego na klasy, na bogaczy i plebs.
Podobnie jak w "Słodkim życiu" Federico Felliniego, z którego muzyka Nino Roty uczyniła prawdziwą wiwisekcję zdemoralizowanych włoskich elit, tak i w spektaklu w reżyserii Weroniki Szczawińskiej widzimy przepaść między dziewczynami z dobrych domów, porządnymi, szanującymi się, a tymi z nizin społecznych, które chcą, dzięki talentowi czy urodzie, odnieść towarzyski sukces. Elena Greco zdobywa to, co Lilou sobie odpuściła, ale w swoim otoczeniu nie ma nikogo bliskiego, nikogo kto by połączył inteligencję i wrażliwość. Pisarka skazana jest na samotność. Spektakl pełen jest wrzaskliwych i lubieżnych Włochów, szalonych i dzikich dziewczyn (doskonała Lina Wosik z wielkim złotym penisem przytroczonym do pasa niczym szpada), zamiatanych pod dywan brzydkich sekretów, nie tylko małżeńskich.
Ten spektakl jest jak jazda na karuzeli. Nie wiadomo kto i kiedy z niej spadnie. Aktorzy i aktorki wciągają widzów w swoją przewrotną grę, zwracając się do nich, zaczepiając, dając do poczytania książkę, kładąc ją na kolanach przypadkowo wybranej widzki. Aktorzy odgrywają kilka ról naraz, są kobietami i facetami, tarzają się po podłodze lub kryją w kątach sali, gdy muzyka wypływa z ciemności, a Neapol sportretowany przez Ferrante staje się miejscem paskudnym, zboczonym, drobnomieszczańskim, kiczowatym i dusznym. Elena Greco dusi się tą pełną hipokryzji atmosferą. Spektakl wchodzi na tak wysokie emocjonalne obroty, że nie wiadomo jak się to skończy, i czy widz zniesie te wszystkie potworności: doznawane, podświadomie wyczuwane, doświadczane przez kobietę-pisarkę na różnych etapach życia. Warto wybrać się na ten spektakl jeśli się nie boi odczuć "żeńskiej samotności umysłu" wraz z bohaterką, której genialna przyjaciółka jest, być może, nią samą, osobą, która sama siebie opuściła i uciekła trzaskając drzwiami.
Komentarze
Prześlij komentarz