Gwałtowność i taniec, śpiew i wirtuozerskie gitarowe solówki, stworzyły oszałamiający klimat koncertu flamenco, jakiego chyba jeszcze Wrocław nie widział, a to za sprawą sewillskiego mistrza Antonia Fernandeza Montoyi, który w ramach swojej trasy "Por un sueno" zagrał, zatańczył, zaśpiewał i obezwładnił publiczność w IMPARCIE, gdzie na jedynym w Polsce koncercie 25 listopada wystąpił w doborowym towarzystwie Jose Galveza (gitarzysta, śpiewak), Paco Vegi (perkusista), Rafaela de Utrery (śpiewak) i Antonia Vilara (śpiewak) oraz rozpoczynającego koncert romantyczną solówką Pedra Marii Pena.
Cały koncert miał specjalną oprawę wizualną, perfekcyjnie wyreżyserowaną, z efektami świetlnymi i rekwizytami, które sprawiały, że można się było poczuć jak we śnie. W tym śnie, gdzie Paco de Lucia mówi Farru, że wystąpi i to wystąpi stając na wyżynach swego talentu. Trzy role: tancerza, śpiewaka i gitarzysty, stopiły się w jedno w nieco teatralnym, podszytym wewnętrznym rytmem występie artysty pokazującego, że wszelkie znane wcześniej granice flamenco można roznieść w proch i pył, tak jak to zrobił Antonio Fernandez Montoya, tańcząc jak prawdziwy demon ruchu, niczym wcielony szalony andaluzyjski demiurg, aż kurz unosił się ze sceny, a publiczność wstrzymywała oddech zastanawiając się, czy scena wrocławskiego Impartu przetrwa te dobywające się z wnętrza zdawałoby się pozaludzkie uderzenia obcasami lakierowanych butów o powierzchnię parkietu...
Farru ustawiony w zmieniających się światłach wydobywających z mroku jego sylwetkę przyodzianą w czerń i złoto, przeglądał się w lustrze, zwracając się co jakiś czas do ułożonej troskliwie na krześle gitary, jakby nie mogąc się zdecydować, czy tańczyć, czy zacząć grać. Farru stojący w świetle otaczającym jego postać sennym woalem, śpiewający i tańczący, skupiony na tańcu, a jednak bacznie obserwujący publiczność, z którą momentami nawiązywał niesamowitą więź, to obraz jaki chyba nie tylko ja zachowam w pamięci jako najbardziej wzruszające wspomnienie z tego koncertu, gdzie w otoczeniu znakomitych muzyków, przy dźwiękach gardłowych i zdawałoby się pełnych cierpienia, bólu i namiętności śpiew niósł się i wibrował na scenie, odbijany od genialnego głosu Rafaela de Utrery, który po prostu wstrząsnął mną i zachwycił, gdy niczym z głębi swego wnętrza uniósł się pieśnią zwracając się do Antonia Vilara, z którym stworzył niepowtarzalny muzyczny duet, a towarzyszyły im dźwięki znakomitego teamu: gitarzysty Pedro Marii Peni i Jose Galveza.
Muzycy flamenco zaprezentowali się niczym wspaniale nastrojony instrument towarzyszący Farru w jego andaluzyjskich opowieściach, głośnych, szalonych, przyspieszających i zamierających jak dźwięki muzyki dobiegające z innego świata, nad którym zapanowały bez trudu, przechodząc płynnie od śpiewu do tańca i z powrotem. Farru, poruszający się między lustrem a gitarą, która zdawała się tylko czekać aż ją weźmie w dłonie i zagra, pokazał też bardziej zabawowe i pełne humoru oblicze flamenco. Jego taniec parodiujący z lekka kroki tancerek flamenco, jego żartobliwe przekomarzania z muzykami, których zmusił (!) do zademonstrowania jak tańczą flamenco (w wykonaniu Rafaela de Utrery było to mocne tupanie, które wywołało burzę oklasków, ale Jose Galvez naprawdę rozbawił publiczność swoją wersją tanecznego "kroku", nie bardzo przypominającego flamenco, za to wywołującego w widzach śmiech, bo nikt nie spodziewał się, że artyści mają tak fantastyczne poczucie humoru i potrafią wciągnąć publiczność w swoje żarty...).
Farru na tym koncercie był niczym dynamit i zademonstrował tak niesamowite umiejętności, że co chwila zrywała się spontaniczna burza oklasków. Okazało się, że jeśli ktoś wyobrażał sobie, iż flamenco jest wyłącznie muzyką pełną gniewu, namiętności, miłości, tęsknoty, wolności to się mylił, bo ma w sobie również dużo prawdziwej czystej radości, optymizmu, beztroskiej zabawy i humoru, co znakomicie pokazał zarówno Antonio Fernandez Montoya, jak i towarzyszący mu zespół. Zarówno muzycy, jak i widzowie bawili się dosłownie jak we śnie, gdy wszyscy chcą tańczyć, śpiewać i śmiać się. Tak sobie myślę, że flamenco to muzyka szczęśliwych, radosnych ludzi, którzy potrafią się bawić i zarażać swoją pasją innych.
Komentarze
Prześlij komentarz