W tym roku po raz pierwszy we Wrocławiu zorganizowany został Międzynarodowy Festiwal Flamenco Miasto Krasnali. Od 3 października do 26 listopada odbywają się koncerty i warsztaty zorganizowane przez Fandango Polska i KA - International Art Management.
Flamenco ma we Wrocławiu tradycję sięgającą lat 80. XX wieku, kiedy to pojawiły się pierwsze zespoły flamenco, czyli niezwykle żywiołowej, spontanicznej, andaluzyjskiej muzyki połączonej ze śpiewem, który przyciągał publiczność przejmującym cante jondo, pełnym ekspresji tańcem i niesamowicie barwnymi strojami. Przed laty miałam okazję przeprowadzić wywiad z Grażyną Alejandrą Adamczyk, jedną z pierwszych we Wrocławiu tancerek i choreografek flamenco, prezeską Towarzystwa Przyjaźni Polska- Ameryka Łacińska, która jeszcze w latach 80. założyła zespół Ritmo Flamenco. Alejandra opowiadała mi wówczas o korzeniach andaluzyjskiego śpiewu i tańca, o prawdziwym tyglu różnorodnych wpływów i inspiracji obecnym we flamenco, a także o fascynującym połączeniu ludowych pieśni Cyganów andaluzyjskich z kulturą arabską, hinduską i sefardyjską. Z czasem flamenco wrosło w polski pejzaż taneczny. Zaczęto też łączyć flamenco z innymi gatunkami - jazzem, rockiem, a nawet elementami muzyki klasycznej. Już w latach 80. powstawały również takie zespoły jak Gipsy Kings grający popularny, "turystyczny", choć niebywale atrakcyjny dla mas, rodzaj muzyki, w którym muzycy posługiwali się wszystkimi atrybutami flamenco - śpiewem, chwytliwymi melodiami i bajecznie kolorowymi cygańskimi strojami. Dla wielu turystów w Katalonii, gdzie miałam okazję kilkakrotnie słuchać lokalnych artystów flamenco, ten gatunek reprezentują właśnie Gipsy Kings z ich największymi przebojami jak "Bamboleo" czy "Baila me". Gipsy Kings to członkowie dwóch spokrewnionych ze sobą rodzin Reyes i Baliardo. Ich przodkowie byli hiszpańskimi Cyganami, którzy uciekli z Katalonii i osiedli we Francji.
W roku 2010 flamenco zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Z czasem powstawało coraz więcej zespołów grających i popularyzujących flamenco.
Jednym z najbardziej oryginalnych zespołów, jakich miałam okazję słuchać na żywo jest Los Duendes, który gra od dekady, a w obecnym składzie ma jedynego w Polsce urodzonego w Kordobie i wykształconego w Sewilli śpiewaka flamenco, Borję Soto, oraz pochodzącego z Wrocławia saksofonistę Piotra Łyszkiewicza, a także perkusistę Carlosa Ronda Masa oraz gitarzystę Rainera Marię Nero z Austrii, który ma wykształcenie klasyczne i występuje zarówno solo jak i w takich zespołach jak Carlos Pinana Group, Pro Flamenco Trio czy we własnym bandzie Flamensky; jest też stypendystą prestiżowej Fundacji Flamenco Christiny Heeren w Sewilli. Carlos Ronda Mas jest absolwentem barcelońskiego i hawańskiego konserwatorium; muzykiem i kompozytorem, zajmuje się również działalnością pedagogiczną. Dzięki wszechstronnemu wykształceniu łączy muzykę kubańską i afrykańską z jazzem i flamenco. Oprócz Los Duendes występuje także m.in. w zespole Flamensky.
Ciekawa jest etymologia nazwy zespołu. El duende oznacza w języku hiszpańskim to co wywołuje dreszcz, radość, łzy i ma w sobie irracjonalność, silne emocje, świadomość śmierci, a także gwałtowne uczucia i szczyptę diaboliczności. Tak w każdym razie rozumiał to wybitny poeta hiszpański Federico Garcia Lorca, który po raz pierwszy użył tego terminu w 1933 r. Jednak w jednym z wywiadów Borja Soto wyznał, że nazwa zespołu jest ukłonem w stronę wrocławskich krasnali, nawiązuje też do walczącej z komuną w stanie wojennym Pomarańczowej Alternatywy. Borja przyjechał do Polski 10 lat temu, pochodzi z rodziny o tradycjach muzycznych, jest nie tylko śpiewakiem i kompozytorem, ale też gra na instrumencie cajon (drewniana skrzyneczka wydająca dźwięki, jak mini-perkusja).
Los Duendes to muzycy, którzy podczas Festiwal Flamenco Miasto Krasnali w Starym Klasztorze, nie zagrali klasycznego flamenco, lecz raczej bawili się gatunkami, przerzucając się cytatami (od coveru Bregovicia po muzyczne fantazje i klasyczne utwory jak "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo). Dużo w ich muzyce improwizacji, humoru, ale i, w warstwie tekstowej, odniesień do duchowości i przeżyć współczesnego człowieka. W muzyce Los Duendes pojawiają się też aluzje do folkloru cygańskiego i ludowej muzyki hiszpańskiej.
Muzycy przekazywali znaki, uśmiechali się, dźwięki przechodziły od jednego do drugiego, bawiąc publiczność jak np. w niezwykle dowcipnej wersji jednego z utworów wykonanych a' la borracho (borracho to po hiszpańsku pijak). Wzruszający był utwór "Jugando a vivir", czyli "Żyjemy grając", który próbował przetłumaczyć na kilka sposobów poproszony o komentarz saksofonista Piotr Łyszkiewicz. Na koniec koncertu Los Duendes zaserwował publiczności cygańską rumbę. Na konferencji prasowej Borja Soto powiedział, że flamenco to nie ketchup, który można dodać do każdego dania i że nie każdy ma doświadczenie w łączeniu flamenco z innymi gatunkami. Zapewne miał rację, ale nie dotyczy to zespołu Los Duendes, bo muzycy na koncercie w Starym Klasztorze pokazali, że doświadczenie mają i z prawdziwą wirtuozerią i lekkością udało im się żonglować gatunkami, improwizować ocierając się o jazz, jass czy puszczać oko do wielbicieli Gipsy Kings. To był znakomity koncert w pięknej scenerii gotyckiej sali Starego Klasztoru.
Komentarze
Prześlij komentarz