Panta rhei, jak twierdził Heraklit. Wszystko płynie, zmienia się, przekształca. To co stare odchodzi zastępowane przez to co nowe. Film Federico Felliniego z 1983 roku "E la nave va" nie jest najwybitniejszym dziełem tego reżysera. "La dolce vita", "8 i 1/2" czy "Rzym" to klasyki, które moim zdaniem mniej się zestarzały niż przesadnie wystylizowany mocno teatralny "A statek płynie".
Film Felliniego sprzed 40 lat, jest nieco wymęczoną ramotką, obrazem dekadenckiego odchodzenia w przeszłość pewnych postaw, struktur społecznych, charakterystycznych mód i trendów, których świadomość przemijania i obumierania mają odchodzące w przeszłość wyższe sfery. Fellini pokazuje śmierć opery, tej najbardziej włoskiej ze sztuk i ludzi, którzy kurczowo trzymają się dawnego porządku, kultywują swoje chimeryczne zachowania, pełne fanaberii megalomańskie poglądy i narcystyczne postrzeganie rzeczywistości, poprzez pryzmat własnych zachcianek. U Felliniego filmowy świat jest świadectwem przemijania pewnej epoki, dlatego być może usytuował akcję "A statek płynie" w roku 1914, tuż przed wybuchem I wojny światowej, do której wywołania przyczynił się "incydent" z zastrzeleniem arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcy tronu austro-węgierskiego, przez serbskiego nacjonalistę Gawriło Principa.
Ten specyficzny klimat wymieszany z charakterystycznymi dla Felliniego obsesjami i osobliwymi postaciami tworzącymi prawdziwy kalejdoskop charakterów obecnych we wszystkich jego filmowych realizacjach, tworzy w filmie "A statek płynie" szczególną atmosferę, nostalgiczną i poruszającą. Luksusowo wyposażony transatlantyk z pasażerami- żałobnikami wypływa z Neapolu, kierując się na wyspę Erimo. Na wodach, które ją otaczają, mają zostać rozsypane prochy słynnej włoskiej diwy Edmei Tetui, którą z każdym z pasażerów statku łączą jakieś związki. Jedni są w niej zakochani, inni jej nienawidzą albo jej zazdroszczą. Na statku przewożony jest też wielki gnijący chory nosorożec, który w trakcie podróży zaczyna cuchnąć. Podobnie jak cuchną, zdaniem wytwornych pasażerów, nielegalni pasażerowie - uciekinierzy z Serbii, których litościwy kapitan przyjął na pokład, a właściwie pod pokład. Trochę jak w filmowym"Titaniku" Jamesa Camerona, gdzie pod pokładem zgromadzono biedniejszych pasażerów i nielegalnych "bezbiletowców".
W Teatrze Muzycznym Capitol Wojciech Kościelniak wziął się za tekst scenariusza Felliniego i Guerry i przyrządził z niego wielce smakowity i niezwykle aktualny musical. Cały tekst jest śpiewany. Jest to nieco sztuczne i z pewnością stanowi ogromne wyzwanie dla aktorów, choć przyjęcie takiej konwencji w "A statek płynie" jest zrównoważone przez inne elementy takie jak choćby ekwilibrystyczne popisy taneczne, skomplikowane sceny choreograficzne czy scenograficzne triki (np.ożywione dzięki współczesnej technologii ruchome afisze zapowiadające występy Edmei Tetui w słynnych przedstawieniach operowych).
Na scenie Capitolu i zarazem na pokładzie statku pojawiają się gwiazdy operowe, szemrany impresario, zdziecinniały książę von Herzog (bardzo wyrazisty Filip Karaś w krótkich spodenkach i kurtce z epoletami), jego ociemniała siostra synestetyczka (księżniczka Hermina w zachwycającej aksamitnej szarej sukni z koronkowymi rękawami - w tej roli Agnieszka Oryńska-Lesicka), planująca wraz z kochankiem przewrót polityczny, a także szef policji Kunz (Bartosz Picher) jak współczesny pedofil zaczepiający małe serbskie dziewczynki. Jest i śpiewaczka operowa - rywalka Edmei (rudowłosa egeria górująca nad innymi - w wykonaniu Justyny Woźniak) z córką (fantastyczna, drobniutka, ale pełna energii Klaudia Waszak), która przewiduje, że w przyszłości dorośli zrobią z niej bezduszną kukłę, niewrażliwą na cierpienie innych. Kukłę taką jak matka podróżującego statkiem brzuchomówcy, który lubieżnym wzrokiem taksuje dobrze zbudowanych ładowaczy węgla z kotłowni...
Postacie są pełnokrwiste, ale i na swój sposób archetypiczne. Każda z nich żyje we własnym świecie, przeglądając się w oczach innych, od których oczekuje, a właściwie żąda, poklasku i podziwu. Nad pasażerami czuwa całkiem realny duch Edmei (Magdalena Szczerbowska z włosami do pasa, przypominająca brazylijską aktorkę Sonię Bragę) - pięknej czarnowłosej śpiewaczki w białej sukni,jak wszystkie kostiumy zaprojektowanej przez Martynę Kander. Edmea prowadzi całą akcję na zmianę z dziennikarzem Orlandem (w tej roli gościnnie Marek Nędza) - niemodnie ubranym, starzejącym się i mającym tego świadomość, niczym słynny Snaporaz z "Miasta kobiet" Felliniego.
Spektakl w reżyserii Wojciecha Kościelniaka wypełnia muzyka Mariusza Obijalskiego, znakomita i bardzo współczesna, choć mająca w sobie sporo retro wątków i nostalgicznych kawałków, które wzruszają widza, jak wtedy, gdy turecki dozorca nosorożca (Rafał Kozok) śpiewa o losie umierającego zwierzęcia, co jak się wydaje, stanowi aluzję do sytuacji starej Europy, która gnije i umiera, a ludzie chcą się go (jej) pozbyć, aby oczyścić powietrze ze smrodu...
Wątek zwierzęcy jest jednym z wielu, które prowadzą opowieść o luksusowym transatlantyku pełnym zmanierowanych pasażerów płynących po włoskim morzu (widocznym przez wielki bulaj wiszący w tle), poprzez fale historycznych wydarzeń takich jak pojawienie się pancernika austro-węgierskiego, którego załoga żąda wydania im Serbów-uchodźców, chroniących się wśród arystokratyczno-artystycznej elity, łatwo podatnej na zbratanie z obcymi. Dziś publiczność teatralna łatwo może odczytać ten motyw jako pojawienie się w Polsce uchodźców z Ukrainy, a działo pancernika wynurzające się z głębi kulis można potraktować jako aluzję do napaści Rosji na Ukrainę. Wątek rosyjski w postaci hipnotyzera Zilojewa (Dawid Suliba), który sprawia, że kury usypiają, przywodzi na myśl całkiem współczesnego rosyjskiego przywódcę, który zdaje się zahipnotyzował Europę niezdolną powstrzymać go przed ekspansją... Takich współczesnych wątków w musicalu jest więcej. Związki łączące postacie są perwersyjne i dwuznaczne: Edmea uwikłana jest w romans z inną śpiewaczką i jej kochankiem, który popełnił samobójstwo, wyskakując (wypadając) przez okno, tajemniczy egipski narzeczony, podejrzany demoniczny impresario uwikłany w miłosny związek z femme fatale. A statek ciągle płynie... Zmieniają się dekoracje, niczym w retro kinie, zmieniają się sceny niczym popularne na przełomie wieków tzw. żywe obrazy, pasażerowie zastygają w swoich dziwnych pozach otoczeni muzyką, która nie milknie, są coraz bardziej pogrążeni we wspomnieniach o Edmei. Jedzą, piją, romansują, intrygują, tańczą, uwodzą...
W Capitolu ożywa magia dawnego świata nasycona zupełnie współczesnymi emocjami, pojawiają się bliskie nam wydarzenia, w które wierzymy, bo znamy je z naszej całkiem współczesnej rzeczywistości. Pomysły inscenizacyjne są mimo swego symbolicznego charakteru bardzo łatwo przyjmowane jako oczywiste i zrozumiałe. Przez cały spektakl przewijają się np. płatki niebieskich kwiatów; są wszędzie, występują jako picie, jedzenie, coś czym się dzielą pasażerowie transatlantyku z serbskimi uchodźcami, wypełniają też walizki podróżujących.
Podczas prawie 3 godzinnego (z 20 minutową przerwą) spektaklu, wspaniale zagranego, wciągającego widza do świata niby sztucznego, teatralnego, a jednak zaskakująco barwnego i żywego, publiczność żywiołowo reaguje na to, co się dzieje na scenie. Momentami spontanicznie klaszcze, choć nie powinna, i daje się porwać do tego pełnego przepychu taneczno- muzycznego widowiska. Przyznam, że i ja dałam się wciągnąć w ten świat groteskowych operowych pyszałków. Wspaniała jest scena pojedynku na głosy, erotycznych gierek, pożądliwych spojrzeń rzucanych przez bohaterów tej ostatniej podróży, która przecież miała się zakończyć melancholijnym rozsypaniem prochów Edmei, a w istocie uwieńczona została totalnym unicestwieniem towarzystwa, którego świat już się skończył, odszedł do lamusa historii, przygnieciony przez wielkie wydarzenia, które zmiotły z powierzchni ziemi rzeczywistość, w której nie ma miejsca dla piękna, wyrafinowania, dobrego smaku, wykwintnych strojów i potraw, wysublimowanych uczuć i rozrywek, życia sztuką i miłością...
"A statek płynie" jest jak długa podróż, w której wiele się dzieje i wciąż zmieniane są dekoracje, wspomnienia z przeszłości przeplatają się z tym, co nieustannie rozgrywa się na statku, od momentu gdy transatlantyk wypłynął w morze. Jednak tak naprawdę czas w teatrze szybko mija i zostaje garść białych piórek, które spadają ze sceny na widzów. Czas jest ulotny jak te piórka, które zgubiła mewa... Ten znakomity, ale i gorzki w wymowie spektakl łączący musical i operę, pełen śpiewu, tańca, a nawet akrobacji, jest zupełnie inny niż film Felliniego. Polecam obejrzenie jak statek płynie w Capitolu. Jest intrygująco, dekadencko, nostalgicznie i barwnie. Warto zobaczyć.
Komentarze
Prześlij komentarz