W cyklu Wywiad z artystą — Beata Zuba
Jak to się stało, że flaga z Pani obrazem Czerwonej góry zawisła na Kopcu Kościuszki w Krakowie? Jak doszło do realizacji tego niezwykłego pomysłu i czy jeszcze kiedyś zamierza Pani powtórzyć tą akcję?
Projekty artystyczne są ciekawe, jeżeli są prawdziwe. Jestem dziewczyną z Salwatora, tutaj się wychowałam i tu zostało moje serce, bije nieustająco tuż pod Kopcem Kościuszki. A Kopiec, to moja pierwsza Góra. Po prostu jest i zawsze była, odkąd pamiętam. Tutaj mama prowadziła mnie na spacer jeszcze w wózku, a potem ja mozolnie pchałam wózek z moim synem, kiedy zimową porą nie chciał spać, i dopiero na wyboistej, śnieżnej drodze wreszcie zasypiał, a wtedy ja też odnajdywałam spokój. Tutaj stawiałam swoje pierwsze narciarskie kroki na Dworskich Polach, aby później po wielu latach znowu tu wrócić w stanie wojennym, kiedy wszyscy krakowianie właśnie tutaj nartowali, bo nie można było opuszczać granic miasta. Na kopiec chodziłam na moje pierwsze wyprawy, bo tak nazywałam dalekie spacery, które kończyły się w opuszczonych wtedy zakamarkach starych fortów. Wracając zawsze zaglądałam na grób Babci, niosąc ze sobą dary czterech pór roku: wiosną i latem polne kwiaty, jesienią liście i kasztany, a zimą gałązki choinek albo szyszki. Cmentarz na Salwatorze ma w sobie ciszę, jakiej nie ma nigdzie, a przy pięknej pogodzie można z tego miejsca zobaczyć Tatry. Kopiec z górą Fudżi jako pierwsza utożsamiła Maria Pawlikowska -Jasnorzewska w wierszu o Krakowie. Być może w jej czasach i w jej środowisku było to typowe skojarzenie? A Wyspiański malował widoki na kopiec tak po japońsku, że bardziej się nie da. Więc i dla niego była to Fudżi. Kopiec to bezspornie nasza krakowska góra Fudżi, o czym pisał w swoim tekście Pan Leszek Cierpiałowski, Dyrektor Biura Komitetu Kopca Kościuszki. Święta góra, na której od lat w święta narodowe rozwijana jest biało-czerwona flaga. Tak właśnie narodził się ten projekt, pomysł, żeby w japońskie narodowe Święto Góry na naszej krakowskiej Fudżi, w nawiązaniu do rozwijanej w święta narodowe na Kopcu Kościuszki flagi polskiej, rozwinąć moją flagę z górą. To bardzo piękny, wielowątkowy projekt. W poranny bezchmurny dzień góra-obraz mogła popatrzeć na majaczące na horyzoncie Tatry. Jestem pewna, że rozwijając moją górę na Kopcu Kościuszki, na pewno wpisuję się w nasz krakowski kontekst, ale chciałam też podkreślić, że przez tą akcję, chciałam zwrócić uwagę na temat gór w naszych kulturach - europejskiej i japońskiej. Chcę pokazać problem gór, tych dziewiczych, wielkich, świętych, które pozostają niezdobyte. Ale też tych, które są nieustająco zadeptywane przez rzesze turystów i niszczone przez rabunkową gospodarkę. Pamiętajmy, że góry to też ludzie z nimi związani, to przyjaźnie od lat i na lata, ale też troska i odpowiedzialność za to, aby góry były nie tylko dla nas, tu i teraz, ale aby pozostały nienaruszone dla następnych pokoleń. Dlatego do mojego projektu zaprosiłam Rafała Sonika i założone przez niego w 2012 roku stowarzyszenie Czysta Polska. To organizacja, która od lat popularyzuje ideę ochrony środowiska naturalnego i edukuje społeczeństwo w zakresie ekologii. Stowarzyszenie jest organizatorem projektu Czyste Tatry, w ramach którego tysiące wolontariuszy wyruszają co roku na górskie szlaki, by popularyzować w społeczeństwie ideę nieśmiecenia i dbania o nasze wspólne otoczenie. Poprzez swoje działania o górach mówię, góry pokazuję, staram się o nie dbać, bo góry kocham.
Swoje prace prezentuje Pani w Krakowie od lat, ale nigdy dotąd nie było okazji, by zobaczyć je także w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha zarówno w Pawilonie Europa - Daleki Wschód jak i w ogrodzie przy muzeum. Jak doszło do realizacji tego pomysłu, w dodatku tak mocno związanego z Japonią?
Geneza powstania tego projektu oraz faktu, że zostałam zaproszona do prezentacji moich prac na dużej indywidualnej wystawie w Manggha sięga 4 lat wstecz, kiedy na stypendium naukowym w Krakowie przebywała Pani Profesor Akiko Kasuya z Kioto University of Art. Pani profesor to niezwykła osoba. Przez wiele lat pracowała jako kurator w Departamencie Kuratorskim Narodowego Muzeum Sztuki w Osace (NMAO), od roku 2008 jako profesor nadzwyczajny zaczęła wykładać teorię sztuki i estetyki w Kioto, na Akademii Sztuk Pięknych. Jest wybitną specjalistką od sztuki współczesnej Europy Środkowej.
Specjalizuje się w sztuce polskiej. W trakcie swojego pobytu w Polsce, miała możliwość zobaczenia moich obrazów i tak to właśnie się zaczęło. Dostałam zaproszenie do udziału w dwóch wystawach w Japonii. Niestety pomimo posiadanego stypendium z Nishieda Foundation oraz Instytutu Adami Mickiewicza, mój pobyt w Japonii, ze względu na wszechobecną pandemię, nie doszedł do skutku. Pojechały tylko moje obrazy, ale to właśnie dzięki temu jak zostały ocenione w Japonii, zostałam zaproszona do udziału w wystawie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej. W ten sposób moje Przenikanie góry, stało się jedną z czterech wystaw górskich, które przez cały rok prezentowane są w Mandze. Dodatkowo moje cztery prace, które brały udział w wystawach w Japonii, prezentowane są na wystawie Tatsuno Art Project. Góra.Zachwyt i groza.
W Kioto i Tatsuno były to pokazy raczej kameralne, a na krakowskim wernisażu pojawiły się w Mandze tłumy... Jak Pani sądzi co ludzi przyciągnęło do Przenikania góry, bo przecież na otwarcie przybyli nie tylko miłośnicy gór i Japończycy?
Wystawy, które miały miejsce w Japonii rządziły się innymi prawami, jak zresztą wszystkie wystawy, które w tym czasie otwierały się na świecie. Wernisaż miał charakter międzynarodowego spotkania online, oczywiście ogólnie dostępnego, ale jakże innego niż prawdziwe wernisaże, gdzie możemy obcować ze sztuką, obrazami i ludźmi w prawdziwej i niepowtarzalnej bliskości. Zwiedzanie samej wystawy, mimo bardzo ciekawej aranżacji i miejsc ekspozycji obrazów, ze względu na obostrzenia kowidowe, było bardzo mocno ograniczone. Całkowitym przeciwieństwem stało się otwarcie dwóch wystaw, które miało miejsce 11 sierpnia w Japońskie Święto Góry. Do tego dnia Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha przygotowywało się prawie dwa lata, bo właśnie z takim wyprzedzeniem został wybrany termin wernisażu. Należy też pamiętać, że ten dzień był kulminacyjnym punktem całorocznych projektów poświęconym górom. Prócz piątkowych wernisaży było wiele weekendowych spotkań towarzyszących: warsztaty filmowe prowadzone przez japońskiego artystę Ryotaru Miyajima, sobotnie zdobywanie Góry Kościuszki wraz z opowieściami o mojej Górze-Fladze, oprowadzania kuratorskie z Panią Profesor Akiko Kasuya oraz spotkania z artystami. To była prawdziwa artystyczna uczta, a tak ogromna frekwencja na wernisażu 11 sierpnia pokazuje tylko jak wielu ludzi jest spragnionych spotkań, kontaktu ze sztuką, ale też jak wielu ludzi kocha góry. Na wernisażu pojawiło się wiele osób nie tylko tych, którzy mieszkają w Krakowie, ale również na terenie całej Polski i nie tylko. Przyjechali ludzie gór, instruktorzy, byli zawodnicy uprawiający zawodowo sporty zimowe, moi przyjaciele... To było prawdziwie niezwykłe spotkanie, na którym, podobnie jak w górach, rozmowy toczyły się do późnych godzin nocnych.
Góry od lat są Pani wielką pasją i miłością, jednak chciałabym zapytać, co należy rozumieć jako Przenikanie góry, które jest tytułem prac pokazywanych w Mandze?
Przenikanie góry to projekt wielowątkowy. Moje górskie obrazy, malowane, rysowane, szkicowane, mieszkające pod powiekami, w sercu, noszone we mnie i ze mną, pojawiają się wszędzie, nie tylko w pracowni i galeriach, często wracają też w prawdziwe góry, przenikając się nawzajem. Są wieszane w ogrodach i przestrzeniach publicznych, a każdy widzi w nich swoje góry. Tak jak już wspominałam, dwa lata temu moje góry brały udział w dwóch górskich wystawach w Japonii: w Kioto i w Tatsuno. Pokłosiem tamtych wystaw jest zaproszenie mnie do indywidualnej wystawy w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Trzeba tutaj zaznaczyć, że pojęcie góry w kulturze japońskiej jest zupełnie inne niż w kulturze europejskiej. W Japonii góra jest świętością, dlatego też wernisaż mojej wystawy Przenikanie góry, zaplanowany był w Święto Góry – jedno z japońskich świąt narodowych. Przenikanie gór, symboli, to nie tylko artystyczny projekt o górach. To tak naprawdę przenikanie miejsc, kultur, międzynarodowy dialog, porozumienie bez granic, to rozmowa bez słów, gdzie obrazy znaczą więcej, gdzie każdy czyta je po swojemu, ucząc się jednocześnie tego, co znaczą dla innych. To rozmowy gór na krańcach świata, które postrzegamy przez pryzmat naszych całkowicie różnych doświadczeń, to to co łączy, mimo różnorodności. Bo obrazy rodzą się w oczach oglądających je ludzi, są językiem międzynarodowym, w którym możemy się porozumieć pozakulturowo. Są marzeniem, energią i uczuciem, które zamieszkało na płótnie. Jestem pewna, że rozwijając moją górę na Kopcu Kościuszki, na pewno wpiszę się w nasz krakowski kontekst, ale czy tylko? Wcale nie!
W Pani najnowszym cyklu prac pokazywanych na parterze Pawilonu Europa - Daleki Wschód w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej w Krakowie dostrzegam echa wystawy Anselma Kiefera prezentowanego na Biennale w Wenecji, które miała Pani okazję oglądać i opisywać w tekstach m.in. dla Głosu Plastyków...Czy te wpływy dostrzegalne dla mnie bardzo wyraźnie, faktycznie są obecne w tym górskim malarskim cyklu?
To dla mnie bardzo miłe, że moje obrazy przyrównuje Pani do prac bezspornego Mistrza malarstwa europejskiego. Malarstwo Anselma Kiefera od lat mnie pociąga, ciekawi i porusza. Zarówno tematyka jak i sam proces tworzenia, choć uważam, że moje obrazy są całkowicie inne. Duże, ale w porównaniu z malarstwem Kiefera, to miniaturki. Fakturowe, ale gdzież porównywać moje materie, do gęstości i natężenia materii z obrazów Mistrza. Uwielbiam wielkie formaty, choć w tak niewielu miejscach można je pokazać i tak niewiele sal wystawowych można przyrównywać do galerii Pawilonu Europa-Daleki Wschód, czy przestrzeni wystawowej nie istniejącego już Tytano, gdzie moje obrazy prezentowane były na całym piętrze dawnej zbudowanej w latach siedemdziesiątych XIX wieku Fabryki Tytoniu (Kaiserliche Koenigliche Tabakfabrik). Ten historyczny zakład, będący na przełomie XIX i XX wieku największą fabryką w Krakowie, zatrudniał niegdyś ponad tysiąc pracowników, przechodził różne koleje losu, aby stać się w XXI wieku zagłębiem restauracji i galerii, które zostało zlikwidowane bezpowrotnie w trakcie pandemii. Mam w planach stworzenie naprawdę wielkoformatowych obrazów, tylko potrzebuję przestrzeni i funduszy, aby powstały.
Jedna z prac pokazywanych na Pani indywidualnej wystawie w Mandze ma charakter site specific. Czy może Pani zdradzić kulisy powstania tego obrazu?
To obraz malowany bezpośrednio na ścianie galerii, który dla mnie osobiście był nie lada wyzwaniem. Często nie zastanawiamy się nad tym, co jest trudne, a co nie, i dlaczego nie zawsze udaje się namalować dobry obraz, bo przecież nawet najwięksi mistrzowie pędzla mają w swojej twórczości i te lepsze i te gorsze realizacje. Propozycja namalowania obrazu bezpośrednio na ścianie padła ze strony kuratorki wystawy Pani Anny Król zaraz na początku montażu. Nie ukrywam, że ja też od jakiegoś czasu marzyłam o tym, żeby móc taką realizację stworzyć, ale przecież nie w każdej galerii jest to możliwe. Oczywiście sama praca mogła być rozpoczęta dopiero po zakończeniu całej aranżacji. To bardzo duża forma, można powiedzieć, że największa ze wszystkich, które są prezentowane na wystawie. To obraz, który pracuje w przestrzeni, gdyż przechodzimy obok niego i cały czas możemy na niego spoglądać pod różnymi kątami i z różnej perspektywy. Ważny, mocny, wszechobecny… I niezwykle trudny, ze względu na czas, w jakim powstawał i nadchodzący termin wernisażu. Zostanie dla mnie na zawsze symbolem tej wystawy, bo wraz z jej zakończeniem bezpowrotnie zniknie. Wierzę, że jeszcze będzie mi dane stworzyć tego typu prace, dysponując ogromną przestrzenią i czasem na jej wypełnienie...W końcu trzeba mieć jakieś plany.
Dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na moje pytania.
Rozmawiała: Ewa Mecner
Komentarze
Prześlij komentarz