Krakowska malarka Beata Zuba ma niezwykły dar anektowania miejsc, w których pokazuje swoje prace zawłaszczając przestrzeń do swoich artystycznych celów. Tak było w Willi Decjusza, gdzie poumieszczane w przemyślny sposób obrazy drzwi i okien multiplikowały otoczenie nadając mu nowy charakter i otwierając przed widzem pole do rozważań i refleksji. Tak było również w Tytano, gdzie jesienią to kończące swoją obecność na Dolnych Młynów wystawienniczo ogromne miejsce stało się tłem dla prezentacji szkiców, obrazów egzotycznych miejsc, schodów i górskich szczytów zatrzymanych w malarskim kadrze krakowskiej artystki. Góry już wcześniej wypełniły i nasyciły także przestrzeń w galerii NCK, która wraz z fotografiami Beaty Zuby stała się miejscem o różnorodnych klimatach - od budzących zachwyt, po pełne uroku i piękna, aż do mrocznych i niebezpiecznych. Najnowsza wystawa w Zofia Weiss Gallery ma szczególny tytuł. "Ostatni przystanek przed Kioto" jest bowiem zapowiedzią japońskiej ekspozycji i warsztatów, które artystka będzie prowadzić, o ile pandemia odpuści i znów będzie można odwiedzać Japonię.
Ten "Ostatni przystanek przed Kioto" pełen jest górskich portretów, tym razem bardziej zwartych, bardziej rzeźbiarskich i mocniejszych kolorystycznie. Artystka w kilku swoich najnowszych pracach zamknęła wewnętrzną siłę i moc płynącą z gór, pokazała ich nieruchome odwieczne piękno, ale też niczym w monetowskich rozważaniach na temat katedr albo fascynacji Cezanne'a górą świętej Wiktorii, przyjrzała się górom, które zna jak mało kto...
Na wystawie w Zofia Weiss Gallery mamy też wcześniejsze prace artystki, np. intrygujące portrety, a właściwie główki młodych narciarzy o oczach ukrytych za goglami. Jednak to właśnie te najnowsze prace, o kobaltowych albo czerwonych tłach przyciągają wzrok i zdają się ukazywać widzowi w całym swym mistycznym i niepokojącym pięknie. Uroda gór budzi w nas potrzebę zbadania tego, gdzie tkwi źródło inspiracji, choć artystka nie daje jednoznacznych odpowiedzi.
Góry są jej życiem, wniknęły głęboko w jej biografię, ale też zdeterminowały życie osobiste Beaty Zuby. Obrazy wielkoformatowe zawieszono w krakowskiej galerii obok niewielkich prac zestawionych w dyptyki. Formacje górskie ustawione obok siebie, nie pozwalają dopasować ich, bo nie są identyczne, lecz jedynie podobne. Z każdej strony bryły prezentują się odmiennie.
Warto z bliska obejrzeć sobie ich powierzchnię, która nie jest, jak w malarstwie realistycznym, idealnie gładka, lecz bywa chropowata, nierówna, z grubą warstwą farby, zniekształceniami i zarysowaniami. Góry na tej wystawie dominują, choć są tu także szkice malarskie, w których artystka ukrywa ich kształty w abstrakcyjnej jednobarwnej plątaninie.
Góry Beaty Zuby nie są łatwą zagadką do odgadnięcia, lecz odwieczną refleksją, która udziela się i temu, kto je dobrze zna, i laikowi, który nieczęsto je odwiedza. Te obrazy są osobistą interpretacją artystki, analizującej wszystkie sekrety ich oddziaływania na ludzi. Bo co nas do gór przyciąga? Uroda pasm górskich rysujących się nad mrocznymi lasami? Możliwość sprawdzenia swoich granic możliwości w zdobywaniu trudnych i niedostępnych szczytów? Patrząc na te obrazy pomyślałam, że nie są to klasyczne pejzaże, nie w rozumieniu realistycznym. To raczej portrety emocji związanych z górami.
Mamy tu zatem kobaltowe, błękitne lub szare powierzchnie, w których jest wiele różnorodnych emocji - niedostępności, samotności i cierpienia, które mogą wywoływać. Paradoksalnie te górskie prace Beaty Zuby mnie skojarzyły się z górskimi obrazami niemieckiego malarza epoki romantyzmu Caspara Davida Friedricha, ale, o dziwo, i z tłami późnogotyckich i renesansowych obrazów religijnych. Błękitne góry stapiające się z niebem mamy przecież np. w słynnym Ołtarzu z Isenheim Matthiasa Gruenewalda, średniowiecznego niemieckiego artysty, który góry maluje w scenach religijnych (np. scenie z Madonną z Dzieciątkiem) albo u Albrechta Altdorfera, który niebieskości i biele roztapia i oświetla mistycznym, boskim blaskiem, płynącym z niebios. Zaglądając w głąb historii malarstwa znajdziemy wiele przedstawień gór, które niepokojąco "istnieją" na obrazach o zupełnie odmiennej tematyce. Współcześnie góry zostały nieco strywializowane, sprowadzone do landszaftów zdobiących pocztówki. Niezwykle trudno jest góry sportretować w taki sposób by nie zatraciły właściwej sobie godności i majestatu, a przy tym by wzbudziły niepokój i wywoływały głębokie uczucia w odbiorcy. Na wystawie w Zofia Weiss Gallery próżno szukać realistycznych widoczków czy urokliwych pejzażyków.
Są tu góry zagniewane, z trudem dostrzegalne pod warstwami kobaltowej farby. Na białych ścianach galerii możemy obejrzeć także obrazy czerwone i pomarańczowe, z ognistym niebem o zmierzchu barwiącym ich zbocza, które wyglądają jak zapowiedź piekieł. Inne z kolei przypominają bryły lodu, lekko niebieskawe niczym Szklana Góra z baśni ludowej. Tak wiele górskich wizerunków, tak różnych i tak prawdziwych nieczęsto udaje się uwiecznić współczesnym artystom. Krakowskiej artystce się to udało.
Wystawa czynna do 20 czerwca. Wernisaż 18 czerwca o godzinie 18.00.








Komentarze
Prześlij komentarz