Wystawa "Po Nitce do kłębka" otwarta ponownie, po okresie zamknięcia instytucji kultury w obliczu zagrożenia epidemiologicznego, w Galerii Miejskiej we Wrocławiu, to pokaz swoistej zmiany warty w pokoleniu twórców kojarzonych z szeroko pojętym ekspresjonizmem albo Nowymi Dzikimi (Neue Wilde). Górne piętro wrocławskiej galerii, mieszczącej się w kamienicy przy ulicy Kiełbaśniczej, zajmują, w znakomitej większości wielkoformatowe, dzieła "klasyków ekspresjonizmu", o ile w ten sposób można określić malarzy obrazoburczych i daleko odchodzących od akademickich zasad konstrukcji obrazu. Mamy tu zatem nawiązujące do niemieckich ekspresjonistów malarskie prace Zdzisława Nitki, który w drugiej, mrocznej, czarnej sali umieszcza, niczym totem, głowę wilka na kolumnie, przyglądającego się obojętnie dywanowi (!) pokrytemu bajecznie kolorową, psychodeliczną sceną z bostońskiej restauracji ("Highlands, piosenka Dylana").
Ludzie stają się świniami, jak na obrazie Mikołaja Sarzyńskiego, obłąkane białe rumaki ścigają mitycznego jednorożca powołanego do życia przez Konrada Żukowskiego; w krwawej poświacie kotłują się namalowane przez Julię Świtaj zwierzęta o rozwartych paszczach, a brzydkie bezuste dziewczyny, niczym zombie na prochach, zostały zatrzymane w dziwacznych pozach przez Paulinę Sanecką, jakby przygotowane do biegu zawodniczki znieruchomiały pochylone na plastikowych ogrodowych krzesełkach, pod którymi siedzi łaciaty jak krowa kotek z diabelskim pyszczkiem (taki kotek może się przyśnić w koszmarnym śnie).
Nie ma tu jasnych sytuacji, jest przyczajona wściekłość, wulgarność, a zwierzęce instynkty dochodzą do głosu. Dziwnie spokojne, choć nie pozbawione czarnego humoru, jawią się przy tym prace Martyny Czech ("Gatki gacki", "Popielniczka"), które wieńczą prezentację, ukryte w ostatnich salkach galeryjnych piwnic. Ta wystawa jest jak zerwanie maski i wypuszczenie kłębiących się emocji, które stłumione przez miesiące zamknięcia nawarstwiły się i wreszcie znalazły ujście w tych gwałtownych ekspresjonistycznych scenach. Im dalej od turpistycznej elegancji (czy raczej elegancji "au rebours", na wspak) Zdzisława Nitki, tym wyraźniejsza dominacja perwersyjnego zezwierzęcenia, a ludzie stają się potworami, pozbawionymi kontroli i ulegającymi niskim instynktom.
Na obrazach pojawiają się zdeformowane postacie i bazgroły przypominające zwykłe, banalne uliczne graffiti (Jakub Gliński). To wystawa, która pokazuje, że w kłębku są różne nici, różne style, różne narracje, ale łączy je gniew, wściekłość, która raz wylewa się ekstrawertycznie na zewnątrz, a innym razem stłumiona emanuje z pozornie introwertycznych, statycznych scenek. Muszę przyznać, że najbardziej na tej wystawie podobały mi się prace młodych artystek, ich świeżość, nieco arogancka i bezkompromisowa, przyćmiewa malarskie rozważania ekspresjonistycznych mistrzów. Warto obejrzeć tę wystawę aż do ostatniej malarskiej niteczki.
Ekspozycja czynna jest do 10 czerwca.







Komentarze
Prześlij komentarz