Kowalewski to, podobnie jak bohater monodramu Gadda, młody aktor. Jest znany capitolowej publiczności np. z roli Romea w spektaklu "Romeo i Julia" w reżyserii Jana Klaty. W "Reniferku" gra rolę młodego mężczyzny, który po molestowaniu seksualnym przez starszego mężczyznę, scenarzystę, opuszcza szkołę aktorską i zatrudnia się w pubie, próbując równocześnie własnych sił w niezależnych pokazach stand-upowych. Obraca się tu w środowisku heteronormatywnym i zależy mu, aby uchodzić za heteryka, dlatego pewnego wieczoru pozwala sobie na żarcik w stosunku do czterdziestoparoletniej bywalczyni pubu. Ta jednak niespodziewanie traktuje ów żart jako poważną deklarację i zaczyna stalkować młodego mężczyznę, nazywając go jak pluszaka z dzieciństwa.
Początkowo Reniferek traktuje ich "relację" jako zabawę, słowną grę z kobietą, której tak naprawdę nie zna, zwłaszcza że zależy mu, aby koledzy z pubu uważali go za kobieciarza, co jest zupełnie sprzeczne z jego orientacją seksualną. Stalking staje się coraz poważniejszy i coraz bardziej toksyczny. Mężczyzna dostaje tysiące esemesów i jest coraz bardziej przerażony, bo nie wie jak to zakończyć, a sytuacja ta zaczyna go przytłaczać.
Ubrany na czarno Jan Kowalewski na tle jaskrawo czerwonej pluszowej kotary, gra w capitolowym spektaklu kilka osób równocześnie. Momentami jest zabawny i wywołuje śmiech widzów, chwilami zaś, jako zestresowany młody człowiek, zaczyna miotać się i przeklinać; by potem, jako Scott nierozumiejący sytuacji, wysyłać esemesy o seksualnych podtekstach w imieniu Reniferka, podpuszczając stalkującą Marthę (Emose Uhunmwangho o charakterystycznym głosie, który łatwo rozpoznać, jeśli się go choć raz słyszało, znakomicie stopniuje napięcie w rozmowach z Reniferkiem - najpierw jest flirtująca, uwodzicielska, a potem zaczyna się zachowywać groźnie i przesuwa granice dobrego wychowania i stosunków między obcymi w gruncie rzeczy wobec siebie osobami z pubu).
Jan Kowalewski pokazuje jak postać Reniferka zmienia się i jak dobre wychowanie i uprzejmość zaczyna walczyć w nim z wściekłością. Najzabawniejsza jest jego rola jako typowego nieco głupawego policjanta (z wielkim pączkiem!), któremu w końcu po 1,5 roku zgłasza sprawę stalkingu. Problem prześladowania kobiety przez mężczyznę jest dla gliniarza zrozumiały, ale odwrotna sytuacja, czyli ta, w której znalazł się Reniferek, budzi na komisariacie zdziwienie, a nawet śmiech. Dopiero po jakimś czasie bohaterowi udaje się uzyskać zakaz zbliżania się Marthy do niego., ale wtedy dzieje się coś niewiarygodnego. Reniferek zaczyna zamartwiać się ciszą, która zapadła. Jakby tęsknił za tą niekomfortową przecież sytuacją. Martha milczy, a Reniferek się niepokoi. Jest człowiekiem, który sam już nie wie czego chce lub wydaje mu się, że chce, bo znalazł się w patowej sytuacji.
Prywatnie pozostając w związku z trans kobietą nie umie się do tego przyznać oficjalnie, a gdy stalkerka się o tym dowiaduje, rzecz jasna wykorzystuję to do dalszego dręczenia aktora. Scena bójki na zaimprowizowanym na scenie niewidzialnym ringu jest kwintesencją absurdu, w jakim coraz bardziej pogrąża się bohater. Martha wrzeszczy i wyzywa na pojedynek Terry, partnerkę Reniferka. Bohater spektaklu traci wszystko - jego partnerka odchodzi, a on sam musi się wynieść z wynajmowanego mieszkania, bo właścicielkę nachodzi jego prześladowczyni. Cały czas jednak Renierek nie potrafi przyznać się (nawet przed sobą), kim jest. Wstydzi się wyznać otoczeniu prawdę o sobie. I choć zaczyna zachowywać się coraz bardziej autodestrukcyjnie, to nie wie jak z tego wybrnąć i w gruncie rzeczy sam siebie oszukuje.
Prześladowanie przez kobietę i wepchnięcie w sytuację, z którą sobie nie radzi, budzi w nim poczucie głębokiego lęku, a nawet przywołuje myśli, że może jest człowiekiem lubiącym chaos, więc go bezwiednie do siebie przyciąga. Stalking nie jest tu jedynym problemem. Bohater sam nie wie, co czuje i jak potoczy się jego kariera, z nieodłącznie przyssaną do niego esemesami i mailami, starszą od niego kobietą.
Spektakl w Capitolu trwa godzinę i piętnaście minut i czas ten jest szczelnie wypełniony scenami, które bawią, szokują, bulwersują, ale i wzruszają (bo w pewnym momencie litujemy się nad nieszczęśnikiem, którego za cel erotycznych zakusów obrała sobie psychicznie niestabilna eksprawniczka). To niełatwy monodram, bo Jan Kowalewski grał chwilami jednocześnie kilka ról naraz. Jest i katem i ofiarą, rozemłanym stróżem prawa i trans kobietą z penisem i doktoratem, wciela się w napastującego scenarzystę w czarnych okularach i sobą samym w wersji studenckiej, aktorskiej i kelnerskiej. I chociaż tematy poruszane w monodramie są poważnego kalibru, to sporo scen, a nawet piosenek śpiewanych przez bohatera, jest po prostu zabawnych.
Premiera spektaklu odbyła się 15 maja w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu
Foto: Łukasz Giza
Komentarze
Prześlij komentarz