"Wycinka. Holzfällen" w Teatrze Polskim w Podziemiu według książki Thomasa Bernharda "Holzfällen. Eine Erregung" w reżyserii Krystiana Lupy to spektakl autorski, bardzo mocno zdzierający z tekstu niemieckiego pisarza rozpaczliwą ostrość i bezlitosne szyderstwo, zastępując je zdystansowaną ironią i groteską, w przedstawieniu śmieszności bohaterów, podglądanych podczas osobliwej artystycznej kolacji, która niczym dziwna wersja biblijnej Ostatniej Wieczerzy pod pretekstem oczekiwania na Aktora z Teatru Narodowego (Jan Frycz), rozpoczyna się od rozmowy pełnej komentarzy na temat samobójczej śmierci Joany Thul (Marta Zięba).
"Wycinka" to teatr Lupy w czystej postaci, całkowicie nasycony (a raczej nawet opleciony niczym pajęczą siecią motywów) wątkami jakie ten wielki niezwykle oryginalny twórca teatralny podejmował już we wczesnych spektaklach takich jak "Malte albo Tryptyk marnotrawnego syna" według tekstu Rilkego czy " Kalkwerk" według książki Bernharda.
Teatralna "Wycinka" to krzywe zwierciadło, w którym przegląda się w spektaklu austriacki pisarz Thomas Bernhard (Piotr Skiba). Po wielu latach ponownie znajduje się wśród ludzi, którzy go ukształtowali i niemal zniszczyli. To przed nimi uciekł za granicę, a teraz znów, po 20 latach nieobecności, ma okazję przyglądać się im z boku, z zewnątrz. Ta rola Piotra Skiby jest skonstruowana dość specyficznie. Bernhard przez większą część akcji pozostaje poza centralnie umieszczoną obrotową "klatką", w której znajduje się salon - niczym groteskowa metafora wiedeńskiego światka artystycznego. Taki Wiedeń w pigułce, kołtuński, megalomański, szmirowaty. Bernhard siedzi odseparowany od wszystkich na własne życzenie (jak się domyślamy) poza salonem, tak jak w powieści "Holzfällen", gdzie narrator usadowił się w uszatym fotelu w cieniu, w kącie przedpokoju, nie zwracając na siebie uwagi. Nie miesza się z ludźmi, którymi pogardza, ale pilnie ich obserwuje i snuje złośliwe monologi krytykujące pretensjonalne towarzystwo. Wspomina przeszłość, patrząc na salonowych gości, którzy budzą w nim odrazę.
Reżyser oddzielił tę postać jeszcze bardziej od pozostałych, wyrzucając Thomasa Bernharda niejako poza dom/klatkę/więzienie, w którym zamknięci są uchodzący za wybitnych, uznani, utytułowani i doceniani snobistyczni uczestnicy artystycznej kolacji. Bernhard dystansuje się od gości państwa Auersbergerów, ale i on czeka na aktora z Teatru Narodowego i na konsumpcję sandacza balatońskiego. Ta groteskowość i nadęcie uczestników kolacji u Auersbergerów budzi w widzach śmiech.
W spektaklu dowcipne kwestie rozrzedzają duszną atmosferę, rozładowują narastające napięcie - inaczej przeniesienie "Holzfällen" na scenę teatru byłoby nie do zniesienia. Proza Bernharda jest bardzo trudna. Austriacki pisarz jadowicie drwi ze wszystkiego (nie wyłączając samego siebie). Powtarzalność słów i zdań w tekście "Holzfällen", zatrzymuje odbiorcę na niemal każdym zdaniu, tak że nie sposób czegokolwiek pominąć.Trzeba więc czytać "Holzfällen" powoli i w skupieniu.To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna.
W spektaklu Krystiana Lupy podzielonym na dwie części i trwającym niemal cztery godziny są pauzy i momenty oddechu, które przyjmujemy z ulgą. Już na samym początku oglądamy sfilmowany wywiad z Joaną Thul, i wchodząc na salę Piekarni nie wiemy czy to już początek spektaklu czy dopiero za chwilę się zacznie. Ale i aktorzy powoli wypełniają klatkę-salon, w którym rozsiadają się, palą papierosy, rozmawiają albo milczą, a nad nimi na filmie toczy się życie Joany Thul, która jak się potem okaże, popełniła samobójstwo w rodzinnym Kielb, skąd ostatecznie nie udało się jej uciec.
Powoli zbierający się goście mieszczańskiego salonu wypełnionego niemodnymi meblami, dobrze się znają. Bernhard także ich zna i rozpoznaje wszystkie te godne pogardy persony, które dopiero co wróciły z pogrzebu Joany. Piotr Skiba bardzo subtelnie wcielił się w tę postać, nie do końca obmierzłą, raczej starającą się rozgrzeszyć samego siebie z dawnych fascynacji.
Pisarz surowo ocenia gospodarzy wiedeńskiego salonu, w którym króluje Maja Auersberger, śpiewaczka, i jej mąż Gerhard, kompozytor, jak czytamy w powieści Bernharda, "epigon Weberna" (Wojciech Ziemiański). Małżeństwo Auersbergerów zagrane zostało mistrzowsko przez aktorów doskonale czujących specyfikę tych nikczemnie małych, choć aspirujących do wielkości, postaci. Pełna niuansów rola Mai Auersberger (Halina Rasiakówna), której wygląd (suknia, biżuteria) i fryzura zmienia się w trakcie spektaklu; skontrastowana została z manierycznym, coraz bardziej pijanym i świadomym swego upadku wizerunkiem kompozytora, stworzonym przez Wojciecha Ziemiańskiego, przez cały spektakl nie rozstającego się z winem i kolorowym kiczowatym szlafrokiem, podkreślającym jego intelektualne rozmemłanie.
Wokół nich w salonie o uwagę zabiegają niemal wszystkie postacie - dwie sfrustrowane pisarki (Ewa Skibińska jako Jeannie Billroth i Bożena Baranowska jako Anna Schreker), dwóch " jeszcze młodych" pisarzy (zabawnie rozdzielonych na dwie osoby: Jamesa granego przez Michała Opalińskiego i Joyce ' a w wykonaniu Adama Szczyszczaja - tak naprawdę występujących w książce Bernharda jako bezimienni parskający śmiechem młodzi pisarze).
Kulminacją wieczoru u Auersergerów jest pojawienie się aktora z Teatru Narodowego, który po raz kolejny z sukcesem, jak sam twierdzi, zagrał w "Dzikiej kaczce" i zjawił się na Gentzgasse, by zjeść sandacza i posłuchać pochlebstw. Jan Frycz w tej roli - aktora, który domaga się szacunku i hołdu dla swojej pozycji - jest bardzo wiarygodny. Jako prominentny, lecz dobrze wychowany członek zespołu Teatru Narodowego, ma poczucie własnej wartości i bez fałszywej skromności pyszni się swoimi scenicznymi osiągnięciami. Dopiero zaczepki Jeannie Billroth (Ewa Skibińska) wyprowadzają go z równowagi i podnosi głos, ale też nie wrzeszczy, bo przecież Aktor z Teatru Narodowego nigdy nie wrzeszczy... Interesujące jest przyglądanie się jak obie te postacie dają wyraz swemu niezadowoleniu - zarówno Jan Frycz jak i Ewa Skibińska, siedząc obok siebie , w pozycji z założoną nogę na nogę, podczas sprzeczki słownej, kiwają stopami coraz bardziej wściekle. Kiedy Jeannie przekracza granicę przyzwoitości zadając Aktorowi bezczelne i głupie pytanie, kiwająca się noga Aktora zastyga nieruchomo.W spektaklu wiele jest takich mini scenek, monologów i dialogów pełnych zniuansowanych emocji. Doskonałym przykładem jest tu monolog Gerharda Auesbergera, który mimo stanu kompletnego upojenia alkoholowego potrafi trafnie wyartykułować zarzuty wobec nieudanego malarza surrealisty Alberta Rehmdena (Andrzej Szeremeta), naśmiewając się z jego miałkości i nazywając jego sztukę "popłuczynami po Ernście".
Lupa pokazuje za pomocą bernhardowych postaci świat współczesnych kabotynów: pseudopisarzy, tzw. ludzi sztuki, teatru i muzyków. Pokazuje ich małość, głupotę i obłudę. I ich śmieszność, w której Bernhard dostrzega elementy groźne, niebezpieczne, wywodzące się z konformizmu i zmierzające do faszyzmu (nigdy tak naprawdę nie rozliczonego w Austrii).
Spektakl Lupy jest zagrany bardzo mocno, ale też nie aż tak krańcowo jadowicie i sadystycznie jak to robi w swoich książkach Thomas Bernhard.
W teatralnej "Wycince" zobaczyć można nie tylko wizualną przemyślność scenografii (obrotowa scena-klatka ze zmieniającymi się wnętrzami jest pełna symboliki), ale bogatą w emocje i wieloznaczną warstwę muzyczną, wykorzystującą poruszającą muzykę Henry Purcella w wykonaniu Klausa Nomi, "Bolero" Ravela i "Candy Land" zespołu CocoRosie. Teatr Lupy jest teatrem detali i słów. Są tu dialogi i monologi o niezwykłym stopniu szczerości i intymności, pojawia się i nagość i szczególna, hipnotyzująca atmosfera. Po zakończeniu spektaklu owacje i brawa zdawały się nie mieć końca. "Wycinka" to wydarzenie, które trzeba przyznać zrobiło we wrocławskiej Piekarni furorę. Sala 21 lutego była wypełniona do ostatniego miejsca. To niesamowite, że ten trudny austriacki autor został tak wspaniale przyjęty przez publiczność. Myślę, że duża w tym zasługa Krystiana Lupy i znakomitych osobowości aktorskich.
Foto: Karolina Jóźwiak
Thomas Bernhard
„𝐖𝐲𝐜𝐢𝐧𝐤𝐚 𝐇𝐨𝐥𝐳𝐟𝐚̈𝐥𝐥𝐞𝐧” reż. Krystian Lupa
na podstawie przekładu Moniki Muskały
Adaptacja, reżyseria, scenografia i reżyseria światła – Krystian Lupa
𝐏𝐫𝐚𝐩𝐫𝐞𝐦𝐢𝐞𝐫𝐚 𝐩𝐨𝐥𝐬𝐤𝐚: 23 października 2014 w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Scena im. Jerzego Grzegorzewskiego
Premiera w Teatr Telewizji TVP: 1, 8 grudnia 2025
𝐖𝐳𝐧𝐨𝐰𝐢𝐞𝐧𝐢𝐞 𝐰 𝐓𝐞𝐚𝐭𝐫𝐳𝐞 𝐏𝐨𝐥𝐬𝐤𝐢𝐦 𝐰 𝐏𝐨𝐝𝐳𝐢𝐞𝐦𝐢𝐮: 20 lutego 2026
Pokazy 20, 21 i 22 lutego Centrum Sztuk Performatywnych Instytutu Grotowskiego Piekarnia Żywa Kultura
★ PRODUKCJA: Instytut Grotowskiego
★ PARTNER POKAZÓW: Fundacja Teatr Polski – TP dla Sztuki
Komentarze
Prześlij komentarz