Wiejski uzdrowiciel i sekslalka
Kontrowersyjna, erotyczna, po raz pierwszy z udziałem sekslalki Emmy, należącej do Gosi Wojas, polskiej artystki wizualnej mieszkającej w Los Angeles, która wypożyczyła ją do spektaklu "Deus sex machina", przygotowanego na podstawie reportażu Ewy Stusińskiej - zagrana 11 września premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym była szokująca i niemal pornograficzna. Tomasz Taranta w duecie z rudowłosą seksrobocicą Agatą i z małą, choć znaczącą rolą Ziny Kerste, w pierwszej części spektaklu, pokazał, że naprawdę jest aktorem, który wiarygodnie i w sposób bardzo zniuansowany potrafi zagrać wszystkie lęki, traumy, dziwactwa i uzależnienia, jakich doświadcza współczesny incel.
Tytuł spektaklu "Deus, sex, machina" w sposób zmodyfikowany odnosi się do teatralnego zabiegu polegającego na boskiej interwencji w sytuacji bez wyjścia. Kiedy nie wiadomo jak rozwiązać dany problem pojawia się pomoc "z góry". We wrocławskim spektaklu takim pojawiającym się niespodziewanie darem jest ... sekslalka, którą zamawia internetowo, samotny, wykorzystany przez kobiety i porzucony Krzysztof, wiejski uzdrowiciel, który po miłosnej porażce, oskubany z pieniędzy przez młodszą partnerkę, Monikę, jest zmuszony dzielić dom z eksżoną Ewą.
Ewa (świetna Zina Kerste, która w drugiej części spektaklu wystąpiła jako waltornistka!) pozwala mu mieszkać w tym samym miejscu, które wcześniej opuścił, by związać się z Moniką. Tyle że wspólne mieszkanie nie jest tożsame ze związkiem seksualnym. Krzysztof jest już starszy, nieco zdziwaczały (podnieca go zapach kapci)i ma swoje upodobania, których nie bardzo ma ochotę zmienić.W książce - reportażu Ewy Stusińskiej "Deus sex machina. Czy roboty nas pokochają?" jest słabosłyszącym sześćdziesięciodwulatkiem, który nie chce już cierpieć z powodu odrzucenia, więc sprawia sobie sobie seksrobocicę ze sztuczną inteligencją, którą sam programuje i ulepsza.
W spektaklu pojawia się szczupła, drobna, rudowłosa Agata. W tej roli wystąpiła przywieziona z USA Emma, 40-kilogramowa sekslalka należąca do Gosi Wojas, która pokazywała ją w swoich projektach artystycznych. Agata jest spełnieniem marzeń Krzysztofa o idealnej kobiecie, dlatego mężczyzna zaczyna traktować ją jakby była nie tylko przedmiotem, ale prawdziwą osobą. Jest romantyczny i czuły, zabiera ją na spacer nad rzekę, ale też egzekwuje to do czego ma mu służyć. Uprawia z nią seks i jest szczęśliwy. Zakochuje się i wreszcie ma to, czego pragnął. Zapomina, że Agata o uwodzicielskim głosie, to nie jest prawdziwa osoba, lecz sztuczna inteligencja z idealnym sztucznym ciałem. Krzysztof stwarza sobie iluzję miłości i sekslalka mu ją daje.
Ta pierwsza część "Deus, sex, machina" to takie współczesne love story, w którym po długim okresie niepowodzeń bohater spełnia swoje marzenia, tyle że uczucie wywołuje w nim androidka. Tomasz Taranta znakomicie zagrał tu postać incela, który wziął sprawy w swoje ręce i jako inżynier, człowiek wykształcony, choć o złamanym sercu, postanowił związać się z robotem, nad którym ma, jak mu się wydaje, pełną kontrolę. Dopiero awaria systemu w seksandroidzie uświadamia mu, że nic nie trwa wiecznie, nawet pamięć sztucznej inteligencji. Samotność mocno mu doskwiera, podobnie jak wielu współczesnym mężczyznom, którzy żyją wirtualnie i na żywo trudno im utrzymać międzyludzkie relacje seksualne.
Sekslalki są odpowiedzią na potrzeby erotyczne, których realne osoby (w większości mężczyźni) nie są w stanie zaspokoić z różnych względów. Pierwsze sceny wrocławskiego spektaklu to właściwie kameralny dramat miłosny rozgrywający się w otwartym jak wielkie różowe pudełko, wyłożone sztucznym futrem, pomieszczeniu, za którym, w tle wyświetlane są zbliżenia rzeźb (wideo jest dziełem Aleksandry Ołdak), bo przecież to właśnie posągi, jak pisze Stusińska w swojej książce, były niegdyś pierwszymi nieożywionymi obiektami , do których człowiek poczuł pociąg seksualny.
Początkową idyllę, którą nagle przeżywa bohater, przerywa wejście do różowego pokoju żony i jej pełne goryczy słowa, które sprowadzają na ziemię bujającego w chmurach Krzysztofa. To jakby osobna, zamknięta część spektaklu, która podobnie jak reportaż Ewy Stusińskiej opowiada prawdziwą historię z życia mężczyzny mieszkającego na wsi z byłą żoną i sekslalką.
Druga część spektaklu z girlsbandem tańczących i śpiewających (muzyka Teoniki Rożynek, choreografia An Szopa) oraz ostro seksujących robocic, żywcem wyjętych z jakiegoś podrzędnego porno klubu, sprawia, że "Deus, sex, machina" to chyba najbardziej kontrowersyjna teatralna sztuka, jaką wystawił w ostatnich latach Wrocławski Teatr Współczesny.
Tę część przedstawienia wypełnia performatywny pokaz buntu robocic, które nabierają (?) osobowości prawdziwych kobiet, wściekłych na wykorzystujących je mężczyzn. Pokazują "życie" seksandroidek, i to jak wyglądają w oczach pożądających je mężczyzn, parodiując szyderczo to do czego są używane, jakie ruchy każe im się wykonywać, jak się zachowują podczas seksu i jak same tego seksu żądają.
Świat zaludniony przez rozszalałe seksroboty budzi grozę i oszołomienie. Nie ma w tej części żadnych cichych i posłusznych przedmiotów, z którymi mężczyźni mogliby uprawiać seks, tak jak w pierwszej części robi to Krzysztof z Agatą; nie ma uwodzenia mężczyzn łagodnymi słowami i kojącym głosem.
To feministyczna ożywiona materia dynamicznie zagrana przez grupę żywych aktorek i jedną sekslalkę z silikonu. Niczym girlsband z lat 60. ubrane w krótkie sukieneczki (oryginalne kostiumy są dziełem Niny Sakowskiej) i wymyślne peruki, balansując na wysokich obcasach swoich porn shoes, wskrzeszają feministyczny bunt nawiązując do dawnych sufrażystek.
I nie wiadomo w pewnym momencie, czy te femiroboty, którym robiono wszystko ze wszystkimi ich otworami, niespodziewanie stały się niezależnymi bytami, czy to jedynie efekt AI. Zemsta i furia tych różnorodnych w typie istot (nie wiadomo już w końcu czy realnych czy wirtualnych) staje zarazem śmieszna i groteskowa. Poruszające się mechanicznie aktorki (jest nawet ciężarna sekslalka grana przez Magdalenę Tarantę) stają się symbolem wypaczonego świata stworzonego dla mężczyzn i spełniania ich zachcianek.
W reportażu Ewy Stusińskiej pojawia się też motyw znęcania się nad sekslalkami i niszczenia ich fizycznych powłok. W przedstawieniu wyreżyserowanym przez Agnieszkę Jakimiak i Mateusza Atmana, widzimy jak sekslalki robią to innym sexlkslalkom. Scena seksu za pomocą dilda i scena z wziernikiem na fotelu ginekologicznym są naprawdę szokujące. Spektakl podejmuje temat nie tylko samotności i wyobrażeń seksualnych współczesnych ludzi, ale też granic związków z robotami i wykorzystywania tytułowych machin (robotów) do naprawiania relacji międzyludzkich. W "Deus,sex,machina" mamy do czynienia z pokazaniem swoistego lustra, w którym odbija się skomplikowana relacja ludzi z androidami, które przecież, o czym na ogół nikt nie myśli, są tworami niedoskonałymi, ułomnymi (wszak zaprogramował je człowiek) i ulegającymi awarii.
Na koniec można by tu przywołać tytuł słynnego filmu Rogera Vadima "I Bóg stworzył kobietę" z Brigitte Bardot w roli głównej, i skonstatować, że w naszych czasach zamiast tego trafniejsze byłoby określenie "I człowiek stworzył sekslalkę", z którą jak może mu się wydawać, łatwiej się żyje.
Ale co się stanie, jak sekslalka stanie się bardziej pożądana niż prawdziwa kobieta? I gdy sama zacznie pożądać innych sekslalek, tak jak się to dzieje we wrocławskim przedstawieniu?
To trudny spektakl, wymagający, zwłaszcza w drugiej części, skomplikowanych fizycznie i psychologicznie umiejętności aktorek. "Deus, sex, machina" jest pierwszą premierą nowego sezonu i naprawdę mocnym akcentem pokazującym świat w czasach AI.
Premiera 11 września 2026 r. we Wrocławskim Teatrze Współczesnym
Foto Filip Wierzbicki

Komentarze
Prześlij komentarz