Notatki na marginesie - FELIETON (1)


W pierwszym miesiącu nowego roku postanowiłam zacząć notować na blogu obserwacje, jakie poczyniłam w muzeach i galeriach, które odwiedziłam w ostatnim czasie. Być może będą to spostrzeżenia i relacje mało istotne, ale też chciałabym zapisać wszystkie te myśli i refleksje, na które nie ma miejsca w konwencjonalnych recenzjach. Będą to takie trochę zapiski obok ocen i porównań, myśli nieuczesane i mało klarowne, a jednak od czasu do czasu odświeżające sposób patrzenia na to co się dzieje wokół wystaw w Polsce.

Od jakiegoś czasu przyglądam się zasadniczym zmianom w sposobach reklamowania i promowania ekspozycji. Coraz więcej w social mediach filmików, spotów reklamowych, coraz liczniejsze są też akcje popularyzujące sztukę metodami naśladującymi te obecne w internecie. Nie do końca jestem przekonana, czy są one skuteczne, ale zapewne młodzi odbiorcy sztuki reagują na nie bardziej entuzjastycznie.
Ponadto coraz liczniejsze są akcje adresowane do dzieci i seniorów, których muzea starają się zaktywizować i przyciągnąć do muzealnych sal, zarówno na wystawy stałe jak i czasowe. Tak sobie myślę, że coraz bogatsza oferta edukacyjna, czyli lekcje muzealne, warsztaty, prelekcje, spotkania autorskie itp., które organizują muzea, coraz bardziej zaczynają zastępować działalność szkół.
Taka działalność cieszy się ogromną popularnością, zwłaszcza że jest oferowana za darmo lub za symboliczną opłatę. Darmowe lekcje muzealne organizuje np. krakowskie Muzeum Narodowe w gmachu głównym, a wrocławskie MN w sali Pawilonu Czterech Kopuł i w starym budynku przy pl. Powstańców Warszawy, natomiast katowickie Muzeum Śląskie w sali edukacyjnej.
Coraz częściej organizowane są spacery muzealne, zarówno tropami zabytków miejskich jak i wewnątrz budynków muzealnych. Muzea zmieniają także tradycyjne aranżacje swoich wystaw, sięgając po formy multimedialne, starając się pozyskać młodego widza, przyzwyczajonego do korzystania z internetu i aktywnie uczestniczącego w social mediach. Wszystkie te składniki działają znakomicie pod jednym warunkiem: że wystawy prezentują twórczość  artystów uznanych, popularnych, klasyków albo szokujących kontestatorów. Na hitowe ekspozycje  Stanisława Wyspiańskiego czy wcześniej Olgi Boznańskiej przychodzą tłumy, podobnie jak na "nazwiska" XX- wiecznych ekscentryków jak Salvador Dali, za to młodzi, nieznani, a właściwie znani jedynie grupce znajomych i fanów, do galerii nie przyciągają tłumów.
Widownia w Polsce jest raczej konserwatywna, niezależnie od wieku ludzie najczęściej lubią sztukę tradycyjną, efektowną albo skandalizującą. Wszystko też zależy od medialnego szumu, jaki towarzyszy wystawom. Tak było np. w przypadku ekspozycji meksykańskiej malarki Fridy Kahlo w Poznaniu, kiedy to bilety trzeba było zamawiać internetowo, a zainteresowanie było tak wielkie, że czasami brakowało biletów na najbardziej oblegane weekendowe godziny.
Wśród refleksji na temat zwiedzania wystaw w muzeach najbardziej nurtuje mnie jedna, a mianowicie zupełnie nierealistyczne godziny otwarcia. Wiele osób pracujących do godziny 16. czy 17. nie może zdążyć na zwiedzanie w muzeach, które zamykają swoje podwoje właśnie w tych godzinach. Są jednak chwalebne wyjątki jak krakowski MOCAK, który co wtorek zaprasza do siebie za darmo i w dodatku czynny jest do godziny 20.00. Myślę, że warto otwierać muzeum później, po to aby mogło być czynne dłużej.
Inną denerwującą "przypadłością" charakterystyczną raczej dla galerii niż muzeów, jest zamykanie ich w najmniej oczekiwanych momentach. Kilka razy zdarzyło mi się dosłownie pocałować klamkę np. Galerii + w katowickim Rondzie Sztuki, gdzie na drzwiach nie było żadnej informacji czy to zamknięcie chwilowe, czy już tego dnia nie ma szansy wejść na wystawę.
Osobną sprawą, jaka typowa jest z kolei raczej dla muzeów, jest ochrona wystaw, która przyjmuje czasem formy wręcz kuriozalne. Widz niczym intruz obserwowany jest przez nieufną obsługę, która postępuje za nieszczęsnym miłośnikiem sztuki dosłownie krok w krok. Mnie zdarzyło się to w Cricotece, gdzie byłam skrępowana posuwającym się za mną niczym wąż ochroniarzem, który zapewne obawiał się, iż rzucę się na obrazy Kantora albo spróbuję wedrzeć się do wnętrza Umarłej klasy. Niestety takie zachowanie ochrony czy obsługi pilnującej ekspozycji uważam za przesadne. Widz powinien czuć się na wystawie swobodnie. Do muzeum czy galerii przychodzi się najczęściej, aby się zrelaksować, obejrzeć wystawę polecaną jako dobrą lub złą (spotkałam się wielokrotnie z opinią, że "ta wystawa jest tak zła, że trzeba ją koniecznie zobaczyć, żeby się przekonać"), a także bo tak wypada, podczas turystycznego pobytu w obcym mieście, gdzie trzeba zaliczyć muzea i lokalne zabytki. I tu pojawia się kwestia oprowadzań. Czasem są one tak długie i nużące, że widz-turysta ma ochotę legnąć na podłodze, by ukoić ból zmęczonych chodzeniem nóg, a oprowadzający snuje niekończącą się opowieść o każdym eksponacie, nie bacząc na to, że goście mają już dosyć.Są oczywiście i tacy oprowadzający, którzy potrafią zaciekawić, rozbawić anegdotami i w krótkiej skondensowanej formie zachęcić do przyjrzenia się obrazom czy rzeźbom. Jednak co za dużo, to niezdrowo, jak sądzę. Aby widz mógł  skorzystać z prelekcji nie może być zbyt długa, bo jak mawiał ks.profesor Józef Tischner na swoich słynnych wykładach na krakowskiej polonistyce "skupienie słuchającego to maksymalnie 30 minut", a więc trzeba się streszczać.
I na tym kończę ten pierwszy, chaotyczny odcinek muzealnych obserwacji. Na następny zapraszam w marcu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Sztuka nie znosi oszustwa" - rozmowa z krakowskim malarzem Iwo Birkenmajerem

"Kostium jest także ubiorem" - wywiad z krakowską artystką Dorotą Morawetz

Z wizytą w pracowni - Iwona Ornatowska-Semkowicz i Paulina Semkowicz