Świat Zbigniewa Wodeckiego w Imparcie
Zbigniew Wodecki to dziś prawdziwa ikona popkultury, choć zapewne sam artysta (zmarły w 2017 roku) nie zgodziłby się z tym określeniem. Niebywale utalentowany, grający na skrzypcach i trąbce, a przede wszystkim śpiewający i komponujący, ma w swoim dorobku niesamowicie dużo przebojów:
"Zacznij od Bacha", "Z tobą chcę oglądać świat", "Tak bardzo wierzę w nas", "Lubię wracać tam, gdzie byłem", czy też popularne i w pewnym czasie znienawidzone przez Wodeckiego biesiadne "Chałupy welcome to", a nawet dobranockowy hicior "Pszczółka Maja" (Wodecki dzięki temu zyskał wśród znajomych muzyków przezwisko "Pszczoła").
Wodecki niemal całe dorosłe życie koncertował. Najpierw akompaniując na skrzypcach Ewie Demarczyk (podczas podróży zagranicznych odwiedził z nią m.in. Kubę, gdzie zetknął się z kubańską muzyką i wpływ bossanovy słychać w niektórych jego aranżacjach), potem z Markiem Grechutą i zespołem Anawa. Śpiewał z popularnymi swego czasu Alibabkami. Był związany z Krakowem i Piwnicą Pod Baranami. W 1976 roku wydał niezwykle oryginalną aranżacyjnie pierwszą płytę, którą odkryli po latach członkowie formacji Mitch &Mitch, z którymi nagrał w 2015 roku album "1976: A Space Oddyssey: Zbigniew Wodecki with Mitch &Mitch Orchestra & Choir". Z "mitchami" zagrał potem na alternatywnych festiwalach (OFF Festival, Opener) - budząc zaskoczenie i podziw zafascynowanej zupełnie odmienną muzyką młodej publiczności.
Był też wykonawcą monumentalnych kompozycji jak oratorium Nieszpory Ludźmierskie, a nawet występował jako aktor (był m.in. Diabłem w "Sonacie Belzebuba" według Witkacego granym na scenie krakowskiego Teatru Stu).
W reportażowej książce Kamila Bałuka i Wacława Krupińskiego "Wodecki. Taki mi wyszło" zaprzyjaźniony pianista Piotr Zabrodzki powiedział o Wodeckim: "Estradowy snajper, z charyzmą i fasonem". Wszechstronnie uzdolniony, mający dystans do siebie i swojej twórczości, z ogromnym poczuciem humoru, łapał na żywo niesamowicie bliski kontakt z publicznością i to zarówno z młodymi, jak i starszymi widzami. Podobał się dzieciom, młodym ludziom i ich rodzicom, a nawet dziadkom. Podobna atmosfera wytworzyła się na piątkowym koncercie we wrocławskim Imparcie na najnowszym widowisku Everest Production "Zbudujmy świat - utwory Wodeckiego w nowym świetle" wyreżyserowanym przez Kamila Przybosia. Koncerty odbyły się dwa - o godzinie 17.00 i o 20.00. Na wcześniejszym spektaklu, na którym ja byłam, sala wypełniła się niemal do ostatniego miejsca - ludzie w średnim wieku, młodzi zakochani, licealiści, a nawet dziesięciolatki. Wszyscy bawili się doskonale i nie chcieli wypuścić aktorów, chóru, akrobatów i orkiestry ze sceny. Bez bisu się nie obeszło. Spektakl trwający 90 minut trochę się zatem przedłużył.
Pomysłowa była też scenografia. Na scenie podczas spektaklu z kanapy, stołu, krzeseł, szafy i roślinki doniczkowej zbudowano ciepłe, pełne miłości i przyjaźni, wnętrze domu, z meblami, na których i nad którymi (!) występowali śpiewający artyści oraz akrobaci, w tym Mariusz Nguyen z Fundacji Ocelot tańczący "Boombastic"Shaggy'ego w stylu dancehall i wykonujący do tego breakdance wraz z dwoma kolegami z "ekipy remontowej" w czarno-żółtych strojach roboczych. Wszyscy oni zrobili prawdziwą furorę. Całość poprowadzili: fantastyczna Magdalena Zawartko w zachwycających sukniach, które co rusz to zmieniała, zgodnie z życzeniem eleganckiego, jak sam Wodecki koncertujący głównie w garniturach, Artura Caturiana. Ten pełen uroku duet wprowadził bardzo miłą przed walentynkową atmosferę, która wywoływała na twarzach widzów uśmiechy.
Lekko, dowcipnie, jazzująco, romantycznie zaśpiewano i zatańczono w duetach i zbiorowo (soliści Wroclove Musical Choir i Studium Musicalowego Capitol) kompozycje Zbigniewa Wodeckiego, zarówno te wzruszające i nostalgiczne, jak i na nowo zaaranżowane hity, np. przebój z serialu "Pszczółka Maja". "Maja" była w Imparcie zaskakująca, wcale nie dziecinna ani "discopolowa", ale wykonana z lekkim puszczeniem oka do widzów i elementami akrobatyki. Muszę przyznać, że ten kaskaderski numer, gdzie tytułową pszczółką był mężczyzna, zrobił na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak wspinaczka po białych "zasłonach" i akrobacje na żyrandolu, czy kołysanie wysoko nad sceną śpiewającej na obręczy Magdaleny Zawartko. Za skomplikowaną i niezwykle efektowną choreografię odpowiadała Dominika Garbacz.
Autorem nowoczesnej aranżacji piosenek Wodeckiego był Mateusz Walach, który dyrygował Orkiestrą Kameralną Silesian Art Collectiv. Orkiestra widoczna była na scenie, w tle, za tańczącymi i śpiewającymi aktorami. Na brawa zasłużył też reżyser światła Marcin Smiatek.
Reżyser Kamil J. Przyboś ma już za sobą takie widowiska jak "Prometeusz" i "Pinokio", więc ten teatralno-muzyczno-akrobatyczny show w Imparcie został przygotowany bardzo sprawnie. Dobrze przemyślana kolejność poszczególnych piosenek, dowcipne śpiewne przekomarzanki Magdaleny Zawartko i Artura Caturiana, przeplatane numerami niemal cyrkowymi, nie pozwalały nikomu się nudzić. I choć "Zbudujmy świat - utwory Wodeckiego w nowej aranżacji" odbył się w piątek trzynastego, to bynajmniej nie był to pechowy koncert, bo wszystko przebiegło zgodnie z planem, żadnych wpadek nie było - przeciwnie, publiczność po zakończeniu spektaklu dość niechętnie puszczała aktorów za kulisy i trochę jeszcze bisów z przyjemnością by obejrzała.
Komentarze
Prześlij komentarz