Medycyna w sztuce, czyli od nowotworu do operacji plastycznej

"Medycyna w sztuce" w krakowskim MOCAKu to najgorsza wystawa, jaką zdarzyło mi się kiedykowiek zobaczyć. Przebiła nawet koszmarną "Metropolis" zorganizowaną w początkach istnienia nowego Muzeum Śląskiego w Katowicach.
Tematem krakowskiej ekspozycji jest choroba, z jej zewnętrznymi objawami i twórczość, która odzwierciedla chorobowe przeżycia autorów obrazów, rzeźb, filmików i instalacji. Wchodząc na wystawę od razu możemy zapoznać się z tym co stanowi główny wątek ekspozycji.
Widzimy twarze zdeformowane przez nowotwory albo wady anatomiczne  i te same oblicza po ich usunięciu (obrazy Marka Gilberta przedstawiające pacjentów profesora Iaina Hutchinsona, chirurga szczękowego, który zaprosił malarza, by uwiecznił  rezulataty jego operacji).
Oglądamy prace artystów mało znanych, ale i bardzo znanych, jak komiks cierpiącej na raka piersi  rzeźbiarki Aliny Szapocznikow. Mamy okazję zapoznać się z kontrowersyjną działalnością Orlan, która dokonuje na sobie zmian i przekształceń za pomocą zabiegów chirurgicznych (relację filmową z tych operacji  można porównać do popularnych na kablówce reality show, gdzie starsze panie poprawiają sobie nie dość idealne nosy czy likwidują zmarszczki).
Kojarzony z Nowym Realizmem  specjalista od "śniadań z resztek" Daniel Spoerri pokazuje "martwe natury" z narzędziami chirugicznymi, a  zestaw protez wraz z wyposażeniem gabinetu lekarskiego z lat 60. owinięty bandażami wypełnia jedno z przeszklonych pomieszczeń galerii (instalacja Roberta Kuśmirowskiego). Mamy i malutką rzeźbę płodu z czekolady;  w gablotce za szkłem, chyba z obawy żeby widz nie wyjadł. Zwłaszcza że widzami są nie tylko dorośli.
Wystawa jest szokująca nie tylko przez dobór tematów i sposób prezentacji, ale też dlatego że widzowie przychodzą na nią przyprowadzając dzieci. Co prawda w czasach Rewolucji Francuskiej, gdy tłumy oglądały egzekucję, pierwsze rzędy zajmowały dzieciaki, ale wydaje mi się, że jednak trochę zmieniły się czasy i doświadczenia takie niekoniecznie mogą pozytywnie wpłynąć na kilkulatka.
Przedstawienia te są,  nawet dla dorosłego, traumatyczne i w wielu pracach widać jakby stanowiły obraz fizycznych cierpień, jakich doświadczają artyści.
Prace  na wystawie "Medycyna w sztuce" są najróżniejszej wartości artystycznej, wiele jest  realizacji, których sensu zarówno powstania jak i umieszczenia na wystawie trudno pojąć. Od surrealistów Man Raya i Meret Oppenheim, przez  performances Mariny Abramovic i  Tadeusza Kantora. Od prac przedstawiających namalowane zmiany nowotworowe różnych narządów, po metalowe "rzeźby" wiszących na ścianie jelit.
Naprawdę długo zastanawiałam się jaki jest cel tej wystawy. Epatowanie widza? Z pewnością, bo faktycznie robi się niedobrze od patrzenia na eksponaty. Przybliżenie dziejów medycyny? Nie sądzę, bo wymieszanie dawnych narzędzi chirurgicznych i historycznych atlasów anatomicznych ze współczesnymi interwencjami w to co stworzyła natura przynosi skutek wręcz odwrotny.
Artysta i choroba to nie jest nowy temat. Motyw medyków i ich eksperymentów pojawia się w sztuce europejskiej od wieków. Trzeba mieć jednak jakiś pomysł na wystawę, chyba że się chce udowodnić że wszystko jedno czy leżące na podłodze odcięte ręce i nogi amputowane podczas I wojny światowej i  te odcięte w trakcie dwudziestowiecznych zabiegów chirurgicznych  łączy to samo - cierpienie i niewyobrażalny ból, odrażające zmiany cielesne i cierpienia duchowe. Tylko co to ma wspólnego ze sztuką?
Dadaista Kurt Schwitters powiedział kiedyś proroczo: "Wszystko co artysta wypluje jest sztuką". Wydaje mi się, że kuratorzy "Medycyny w sztuce" za bardzo wzięli sobie te słowa do serca. Oglądania tej wystawy stanowczo odradzam, chyba że jako swoiste kuriozum.
Ekspozycja czynna do 2 października 2016 r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Sztuka nie znosi oszustwa" - rozmowa z krakowskim malarzem Iwo Birkenmajerem

"Kostium jest także ubiorem" - wywiad z krakowską artystką Dorotą Morawetz

Z wizytą w pracowni - Iwona Ornatowska-Semkowicz i Paulina Semkowicz