Ceramiczne "zabawki" Kimby Kerner

Wchodząc do wrocławskiej galerii BOSA najpierw stajemy oko w oko z niedźwiedziem o pustych oczach i różowym nosie, który delikatnie trzyma między łapami różową istotkę, która przypomina andersenowską Calineczkę. Potem pojawia się czarna bestia z podejrzanie dobrze utrzymanymi zębami. Jest jakaś taka śliska i fałszywa, jakby odrażające focze (?) kształty próbowała przyćmić oszałamiająco poprawnym ludzkim zgryzem (nasuwa mi się określenie "amerykański uśmiech", w którym zawarta jest pewna fałszywa nuta poprawności politycznej zgodnie z którą na pytanie, jak się czujesz, każdy odpowiada, że świetnie).
Potwór o małej główce i ciele olbrzyma pokrytego łuskami wydaje się potomkiem zmutowanych dinozaurów. Za to egipski bóg Seth wisi na ścianie galerii niczym trofeum myśliwego - głowa jelenia o rozbudowanym porożu. Dziewczynka- szczurzyca ma, niby wiktoriańska laleczka, przewiązaną z tyłu kokardką  biało- niebieską sukienkę i niebieskie lalczyne buciki.
Zabawki z ceramiki wykonane z szamotu drobnoziarnistego, często składają się z dwóch części, są puste w środku, albo z otworami, w których drzemią malutkie postacie, mają w sobie dużo z ludzkich cech (np. wyprostowaną postawę, gesty). Są dziełem amerykańskiej ceramiczki Kimby Kerner, urodzonej w 1984 r. w Filadelfii, absolwentki Parsons School of Design w Nowym Yorku oraz Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie.
Kimba Kerner mieszka w Warszawie i zajmuje się nie tylko ceramiką, ale też grafiką i rysunkiem. Na wystawie poza zoomorficznymi figurkami, przy których umieszczono przesłanie artystki, zaprezentowane zostały grafiki. Ich bohaterkami są błąkające się po lesie albo ukryte za drzewami okrągłe niczym rosyjskie "matrioszki" dziewczynki, mające w sobie coś ze świata pokemonów, coś smutnego, samotnego i odrębnego. Ubrane w zwierzęce futerka - kombinezony przypominają bajkowego misia Colargola. Poruszają się w świecie, który jest im obcy. Próbują się zasymilować, ale są inne, odmienne, zupełnie jak szamotowe figurki zwierząt, które mają symbolicznie pokazane dusze. Boją się i próbują stopić się z otoczeniem, upodabniając do wijących się gałęzi i wzorzystych pni.
Największe wrażenie zrobił na mnie Miś dolegliwości, który ma charakter na poły magiczny na poły baśniowy. Niebieski niedźwiadek ma funkcję przejmowania ludzkich słabości, wad, nieszczęść i wszelkiego zła, którym można go obarczyć, bo... on od tego jest. Miś, dzięki któremu możemy pozbyć się tego co najgorsze - zarówno w tym co nas spotkało jak i tego co jest w nas ukryte i czego się wstydzimy.
Zabawki, w których odkryć można świat dzieciństwa nadwrażliwego, pełnego cierpienia i niewesołych przygód. Trochę jak z okrutnych baśni braci Grimm. To nie są ładne zabawki, które można z dumą postawić w dziecięcym pokoiku. Te zwierzątka niczym pradawne bóstwa są straszne, brzydkie, upiornie puste i pozbawione radości. A jednak ich tajemnicza natura wabi oglądającego by zbliżył się, zajrzał do wnętrza, spojrzał w puste otwory po oczach. Hipnotyzuje by pochylił się nad tymi magicznymi stworzeniami, które często trzymają malutkie istotki chroniąc je niczym wielkie bóstwa opiekuńcze.
Wystawa " Z jednej gliny ulepieni" czynna będzie do 30 lipca 2016 r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Sztuka nie znosi oszustwa" - rozmowa z krakowskim malarzem Iwo Birkenmajerem

"Kostium jest także ubiorem" - wywiad z krakowską artystką Dorotą Morawetz

Z wizytą w pracowni - Iwona Ornatowska-Semkowicz i Paulina Semkowicz