Walka koguta z kotem, czyli Jarosław Modzelewski bez Gruppy

Jarosław Modzelewski wciąż  kojarzony z działaniami warszawskiej Gruppy (Sobczyk, Grzyb, Kowalewski,Woźniak, Pawlak), od kilku lat podąża własną drogą. Urodzony w 1955 roku w Warszawie, szkołę średnią ukończył jako technik elektronik o specjalności elektroniczne maszyny matematyczne. Impulsem do wyboru późniejszej drogi życiowej była dla niego  biografia Paula Cezanne'a, wydana w serii lekko zbeletryzowanych opowieści o malarzach. Potem Modzelewski uczestniczył w kursach przygotowawczych organizowanych przez niezwykle charyzmatycznego warszawskiego malarza Janusza Petrykowskiego, który z kolei był uczniem sopockiego kapisty Juliusza Studnickiego.
Na ASP, gdzie ku własnemu zdziwieniu dostał się bez trudu, wybrał pracownię Stefana Gierowskiego, który jako pedagog był niezwykle liberalny wobec uczniów. Podekscytowani nowymi tendencjami w sztuce  tworzyli oni prace w duchu konceptualizmu i wykorzystywali nowe media, podczas gdy profesor Gierowski preferował malarstwo i kładł ogromny nacisk na umiejętności warsztatowe.
Modzelewski i Marek Sobczyk - obaj z pracowni Gierowskiego - wybrali malarstwo i  doskonale odnaleźli się w nurcie neoekspresjonistycznym, który w latach 80.  rozlał się po całej Europie, dając początek takim zjawiskom jak włoska Transawangarda czy niemieccy Nowi Dzicy (Neue Wilde).  Gdy w 1984 roku Modzelewski i Sobczyk wyjechali do Niemiec na stypendium, okazało się, że tamtejsi malarze tworzą dzieła w podobnym klimacie. Wcześniej, bo na przełomie 1981 i 1982 roku, powstała Gruppa, która przez całą dekadę kolektywnie niejako tworzyła dzieła figuratywne, ekspresjonistyczne, nawiązujące do ówczesnej sytuacji politycznej w Polsce (świadectwem jej ostatecznego kresu była dopiero wystawa w warszawskiej Zachęcie w 1993 r.). Współzałożycielem  Gruppy był Modzelewski, który początkowo tworzył obrazy abstrakcyjne, posługując się szablonami, a z czasem zaczął flirtować z surrealizmem, by ostatecznie opracować wzór postaci, która będzie się powtarzać w wielu jego pracach. Model człowieka w nieustannym  ruchu, kroczącego, biegnącego, pochylającego się, przedstawionego dość hieratycznie i płasko można odnaleźć w wielu kompozycjach Modzelewskiego ("Trudności w poruszaniu się", "Wychodzący mężczyzna").
Od czasów studenckich Modzelewski zafascynowany był malarstwem Andrzeja Wróblewskiego i Kazimierza Malewicza, a zwłaszcza ich koncepcją sztuki  będącej efektem przemyśleń artysty na temat podstawowych zagadnień związanych z życiem zwykłego człowieka. Taki rodzaj sztuki zaangażowanej,  która ma pokazywać co artysta sądzi o kondycji ludzkiej, o tym czym ludzie żyją, co jest dla nich ważne -  dostrzegamy i u Modzelewskiego.
W jego twórczości najczęstszym motywem jest człowiek postawiony w konkretnej sytuacji, niewyidealizowany, często brzydki, zmęczony, namalowany w niewygodnej sytuacji lub dziwacznej pozie. Portrety postaci o wielkich głowach i wystawionych językach malowane  trochę podobnie jak u Georga Baselitza, z podobnym ładunkiem ekspresji, ale też  płaskie pejzaże, w których mały człowieczek trudzi się jakimiś kompletnie absurdalnymi czynnościami ("Niosący ścięte drzewo"), a nawet obrazy religijne (groteskowe "Zamaszyste zmartwychwstanie", gdzie zamiast Jezusa zmartwychwstałego z groty wychodzi dziarskim krokiem dwóch obwiesiów w podkoszulkach i spodenkach - postacie jakby żywcem wzięte z filmów Barei czy Piwowskiego) - wszystkie mają w sobie ten emocjonalny pierwiastek, który sprawia, że widz albo się zachwyca albo wścieka. Albo mówi "znałem takich za komuny", albo "ale to brzydka morda".
Bo obrazy Modzelewskiego w większości zbyt piękne nie są. Nie ma tu ślicznych widoczków, a postacie są urody raczej dyskusyjnej. Za to jak namalowane! Pod koniec lat 90. Modzelewski zaczął eksperymentować z  temperą, co sprawia że późniejsze obrazy stały się matowe i płaskie jak u nabistów czy Puvis de Chavannesa. W ostatnich latach artysta coraz bardziej zanurza się w przeszłość  sztuki - wraca do Cezanne'a, Van Gogha, renesansu i baroku, dostrzegając w ich dziełach wartości uniwersalne.
Jeden z moich ulubionych obrazów Modzelewskiego to "Walka koguta z kotem", która jest swoistą parafrazą animalistycznego dzieła XVII - wiecznego malarza holenderskiego Jacoba Victorsa, działającego w Wenecji i Amsterdamie w epoce baroku. "Walka koguta z kotem" z 1674 roku znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie - w otwartym w 2013 roku nowym (a właściwie starym, bo to pięknie odnowiony zabytkowy spichlerz) budynku Europeum  mieszczącym się przy placu Sikorskiego.
Modzelewski w swojej wersji "Walki koguta z kotem",  która eksponowana była w ubiegłym roku na wystawie w Muzeum Ziemi Chełmskiej w Chełmie  pokazał dwie silne - o ile można tak napisać o zwierzętach - indywidualności. Bojowego koguta, któremu nie straszny groźny kocur, który ma na niego wyjątkową chrapkę. Mimowolnie przywodzi to na myśl słynny temat ikonograficzny Walka Anioła z Jakubem (nawiasem mówiąc ten motyw również pojawia się w twórczości Modzelewskiego), czyli walka dobra ze złem. Kto jest zły, a kto dobry - tu już się można spierać. Kogut, jako ptak, istota skrzydlata, choć nie latająca, może być porównywany do tego co ulotne, anielskie, dobre, tego co słabsze z powodu swego kruchego ciała (które wszak wielokrotnie pada ofiarą smakoszy drobiu). Ale też odbierany być może jako symbol niezależności i walki. Wszak jest i francuskim symbolem  - dumnym kogutem galijskim. I kot - istota zwykle przymilna, miękka, łasząca się, ale i podstępna, chodząca własnymi drogami, nie dająca się oswoić, wprowadzająca własne zasady. W pewnym sensie, jak opisują go podręczniki ikonografii, symbolizująca zło. Kot polujący na koguta. Kot, który jako drapieżnik, jest większy i groźniejszy, ale czy ma szansę wygrać z walecznym kogutem? To jeden z ciekawszych obrazów Modzelewskiego. I jeśli się nad tym zastanowić nie tylko łatwiejszy w odbiorze, bo malarsko bardzo atrakcyjny, ale i prowadzący odbiorcę w intrygujące rozważania, dzięki którym można puścić wodze fantazji  przyglądając się tytułowej walce, która bardziej polega na przyglądaniu się i przybieraniu groźnej postawy, niż na prawdziwej kotłowaninie, rozszarpywaniu i gryzieniu, tudzież dziobaniu, w wykonaniu obu bohaterów.
W grudniu otwarta została w Pałacu Opatów w Oliwie, który jest Oddziałem Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku, wystawa prac Jarosława Modzelewskiego. Warto ją było zobaczyć, by obejrzeć dzieła z czasów gdy Modzelewski związany był z Gruppą, ale i te które namalował w ostatnich latach. Są interesujące jako świadectwo czasów, w których powstawały i jako obraz poszukiwań twórczych artysty, który w dobie nowych mediów, dominacji fotografii i dzieł efemerycznych, wciąż z uporem trzyma się malarstwa, obstając przy tym, że ludzie znudzeni wirtualnym światem potrzebują też czegoś namacalnego, zmysłowego, realnego. I myślę, że Modzelewski ma rację. Ludzie wciąż potrzebują prawdziwego obcowania ze sztuką, oglądania prawdziwych obrazów, wciąż urzeka ich sztuka figuralna, interesują ich inni ludzie, zwierzęta i prawdziwe przedmioty, które mogą zobaczyć nie tylko na ekranie komputera.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Sztuka nie znosi oszustwa" - rozmowa z krakowskim malarzem Iwo Birkenmajerem

"Miejscem dla samotnych artystów może być każde, jakie wybiorą lub jakie im się wskaże" - wywiad z Joanną Warchoł

Podsumowanie roku 2018 w muzeach i galeriach. Najlepsza dziesiątka wystaw.